środa, 9 kwietnia 2014

Stephane Antiga odkrył karty, czyli słowo o powołaniach

Na chwilę porzucam temat Resovii i półfinałów. Jak zapowiedziałam ostatnio, oto moje spostrzeżenia na temat składu reprezentacji. Pewnie macie już dość, bo wszędzie pełno komentarzy samych zainteresowanych, opinii ekspertów, dziennikarzy itp. ale mimo wszystko zapraszam i zachęcam do komentowania :D

A więc już wiemy. Stephane Antiga ogłosił wczoraj trochę szerszą niż pierwotnie przewidywano, bo 26-osobową kadrę na 2014 rok. Powiem krótko: Jest Igła i to najważniejsze!!!

Dlaczego? A no dlatego, że nie wyobrażam sobie kadry bez tego człowieka. Krótko. Zresztą nie tylko ja, bo widzimy choćby teraz wielką ulgę w wypowiedziach trenerów, ekspertów, dziennikarzy, siatkarzy i kibiców. Bo Igła to jest naprawdę gość!!! Na początku w ogóle nie myślałam, że będę się tak trząść podczas ogłaszania składu! Na ziemię sprowadził mnie wywiad z Igłą w Przeglądzie Sportowym. Tytuł na okładce: To chyba koniec. Nie muszę mówić, co wtedy czułam… Jakby nagle wszystko sens straciło, naprawdę! Kiedyś w ogóle nie wyobrażałam sobie tego momentu, w którym nie będzie go w reprezentacji… No bo kiedy? Wszystkie imprezy przechodziły bardzo płynnie, Igła grał i nie zapowiadało się na to, że może go zabraknąć. Okazało się, że 2013 rok był przełomowym rokiem. Zresztą, wiemy o co chodzi, więc nie widzę sensu, żeby do tego wracać. Skupmy się na tym co jest, a raczej, co było wczoraj. Pozycja libero oczywiście była przedstawiana jako ostatnia. Serce wali… pierwsze nazwisko – Paweł Zatorski. Krótki komentarz Stephane’a. Kolejne nazwisko – Damian Wojtaszek. Emocje sięgają zenitu. W końcu ostatnio coraz częściej w gronie zainteresowanych pojawiało się nazwisko Michała Żurka. Jerzy Mielewski zapowiada trzecie nazwisko i tu powiem szczerze, poczułam co się święci. Z jednej prostej przyczyny – Jerzy Mielewski powiedział coś w stylu, że jest to trzecie nazwisko, ale broń Boże żadna gradacja. I wtedy doszło do mnie, że z dużym prawdopodobieństwem będzie to Igła. I tak też się stało. Kurczę, niby to tylko chwila, kilka sekund, a człowiek ma tyle myśli naraz… No jak już zobaczyłam Igłę, to jedyne na co mnie było w tej chwili stać, to wielkie UFF :)  

Dzisiaj już na spokojnie przejrzałam wszystkie komentarze, opinie o kadrze, kulisy powołań. I dowiedziałam się dwóch rzeczy – mianowicie, że Stephane dzwonił do wszystkich kadrowiczów tuż przed wyemitowaniem programu, a więc oni trochę szybciej znali decyzję. Kolejna sprawa to coś, czego spodziewałam się po tym, gdy usłyszałam, że na liście będzie aż 26 nazwisk, czyli – dopisanie zawodników po półfinałach. Podobno takich, którzy zachwycili Antigę swoją formą było dwóch – Dominik Witczak i właśnie Igła. Czyli wszystko rzutem na taśmę… Mimo wszystko przykro, że losy Igły w kadrze ważyły się w dwóch spotkaniach, które mogły się przecież różnie potoczyć. Ale nie ma co psioczyć, najważniejsze, że nasz libero jest w reprezentacji i teraz wszystko w jego rękach.

Wypadałoby wspomnieć również o innych reprezentantach. Na początek Resoviacy :) A tych jest w sumie pięciu. Oprócz Igły w kadrze znaleźli się też – Fabio, Konar, Piter i… Perła. I właśnie przy Łukaszu musze się zatrzymać. Zapewne wszyscy podśmiewali się z Ryszarda Boska, gdy ten w magazynie Polska2014 ogłaszał swoją 14 na mundial. Głównie dlatego, że na jego liście znalazł się Perła. Wtedy grał kapitalnie, ale mało kto spodziewał się, że Łukasz w ogóle będzie w kręgu zainteresowania Stephane’a. A jednak!!! Naprawdę podziwiam naszego środkowego za determinację i ogromną cierpliwość. Jego pozycja w Resovii delikatnie rzecz ujmując w ostatnich latach sprowadzała się do siedzenia na trybunach. Nie rozumiałam go dlaczego siedzi w tym klubie, skoro nie gra. Każdy normalny zawodnik chce grać, choćby i w gorszym klubie. A Łukasz jest w Resovii tyle lat i mimo to nie odchodził. I nie ukrywam, że go nie lubiłam, może głownie dlatego, że nie rozumiałam motywów siedzenia w dobrym klubie, koszenia medali za nic. Brutalnie to brzmi, ale z boku tak to właśnie wyglądało. Sytuacja jak dobrze wiemy, zaczęła zmieniać się w końcówce ubiegłego sezonu, gdy Łukasz zaczął wchodzić  w końcówkach setów na zagrywkę. Przełomowy okazał się ten rok, w którym najpierw skorzystał z absencji Kosy a potem własną grą nie dał sobie wydrzeć miejsca w pierwszej szóstce. Zdeterminowany, cierpliwy – opłaciło się. Teraz jest w kadrze i naprawdę może walczyć o cos więcej niż tylko po prostu bycie w niej. A ma przecież już 30 lat i pamiętajmy (choć ja sama o tym naprawdę nie wiedziałam, za co mi wstyd), że Perła w reprezentacji już był, ale szyki pokrzyżowała mu kontuzja. Łukasz, jedno co mogę Ci teraz powiedzieć, to SZACUN! I wielkie gratulacje!!! Oczywiście będę za nigo trzymać bardzo mocno kciuki, bo zasłużył na miejsce w kadrze :D

Reszta powołań z Asseco Resovii raczej nie jest niespodzianką – Fabian, Piter, Dawid. Cóż o nich można napisać… Piotrek to w tym momencie chyba pewniak i to w pierwszej szóstce. Fabian – ostatnio typowany na pierwszego rozgrywającego, ale wobec rzadkiej gry i naprawdę świetnej dyspozycji Pawła Zagumnego, chyba jednak będzie tym drugim. Jednak na pewno nie takim drugim, jak u Andrei Anastasiego, gdzie wychodził tylko po to, żeby przegrywać.. Dawid gra nieźle. Imponuje szczególnie blokiem, a konkretnie pojedynczym i oczywiście solidną, w miarę regularną zagrywką. O miejsce w jego przypadku, będzie jednak bardzo ciężko. O czym już za moment.

Są też niespodzianki. Największą mimo wszystko jest powrót Mariusza Wlazłego. Od dawna mówiło się o jego powrocie, jednak sam Mariusz nie wyrażał zbytnio chęci, głównie przez relacje z PZPS-em. Jak wiemy, rozmowy Antigi z Szamponem również były długie i trudne, ale udało się i Mariusz oficjalnie wraca do kadry po 4 latach nieobecności. Co do jego osoby to powiem tak – przed IO, bo wtedy tez poruszano ten temat, byłam zdecydowanie przeciw jego powrotowi, ponieważ nie po to inni zawodnicy trenowali ciężko, aby przyszedł ktoś z zewnątrz i za nic zabrał im miejsce. Jednak po IO byłam jak najbardziej za, bo było to nowe rozdanie i inne twarze w kadrze były mile widziane. Naprawdę cieszę się, że Mariusz wraca i mam nadzieje, że będzie grał tak jak przyzwyczaił nas w Skrze, bo jest naprawdę świetnym zawodnikiem i czas, żeby (mówię to tylko i wyłącznie w imieniu kibiców Resovii) grał z nami a nie przeciwko nam, bo wystarczająco dużo krzywd nam narobił po drugiej stronie siatki ;) Jest też Zbigniew Bartman, który rozgrywa niezły sezon w Modenie, jest Grzegorz Bociek i Dominik Witczak, stąd Dawidowi będzie naprawdę ciężko, ale jest w stanie pokazać się z dobrej strony.

Inne pozycje chyba bez niespodzianek. Miłym akcentem są powołania dla Resoviaków wypożyczonych do innych klubów – Rafała Buszka i Mateusza Miki. Wiemy, że szanse na grę będą mieli raczej nikłe, ale dla nich, jak i też dla Resovii jest to bardzo fajna sprawa. Na miejsce w szerokiej kadrze na pewno zasłużyli, a to może im tylko pomóc, również w perspektywie gry w Resovii, bo przecież dalej formalnie są jej zawodnikami :) Gdyby tak się głębiej zastanowić, to z zawodników Resovii powołanych do kadry można sklecić szóstkę ;) Byłoby ciekawie :D

Gdy dowiedziałam się, że w takiej formie będą przedstawiane nazwiska powołanych to się uśmiałam. Ok, Mistrzostwa Świata to bardzo ważna impreza a fakt, że jej gospodarzem jest Polska, dodatkowo podnosi rangę, szczególnie dla nas, Polaków. Ale czy ogłoszenie SZEROKIEJ, podkreślam to specjalnie, kadry, którą spokojnie mogliśmy wypisać z może nawet 90-procentową skutecznością, jest czymś wielkim, godnym robienia takiego spektaklu? Moim zdaniem nie. Kiedyś przecież 22-osobowa kadra była ogłaszana na stronie PZPS-u i tyle. Jednak ostatnie doniesienia o prawdopodobnych brakach niektórych zawodników, o przewidywanych małych sensacjach, spowodowały, że naprawdę stresowałam się przedstawieniem składu. Na szczęście niespodzianek in minus brak, więc mogę ze spokojem oczekiwać na rozpoczęcie sezonu reprezentacyjnego.

Zanim jednak ponownie będziemy żyć meczami biało-czerwonych, czeka nas, fanów Sovii, bardzo ważne spotkanie w Kędzierzynie-Koźlu. Czy czegoś się spodziewam? Chyba tylko walki. Nie chcę robić sobie presji, że muszą wygrać, bo ostatnie mecze wywołują we mnie tyle emocji, stresów, że naprawdę coraz częściej mam zwyczajnie dość. Liczę na dobre spotkanie, a czy uda się przedłużyć rywalizację, czy będzie to ostatni mecz, który obejrzę w telewizji? Okaże się już w piątek.

Jest Igła, więc Stephane ma u mnie czystą kartę. Jeszcze nie zdążył zaleźć mi za skórę, więc jest dobrze, bo w innym wypadku byłoby o wiele gorzej… :)

Tyle na dzisiaj ode mnie, mam nadzieję, że choć w części zgadzacie się ze mną, a jeśli nie, to chętnie dowiem się co myślicie i ewentualnie się z Wami pokłócę :) Podoba Wam się ten skład? Czy może coś byście zmienili? Zachęcam do komentowania :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sytuacja fatalna, ale było naprawdę dobrze!

I znowu to samo. Asseco Resovia Rzeszów ponownie przegrała z Zaksą Kędzierzyn-Koźle po tie-breaku. Tym samym całkowicie straciła przewagę własnej hali, a rywalom brakuje już tylko jednego zwycięstwa do awansu do finału.

Pierwszą podstawową sprawą przed rozpoczęciem meczu była psychika gospodarzy. Utrata najważniejszego zawodnika zawsze źle wpływa na zespół. Resovia miała 21 godzin na otrząśnięcie się z tej sytuacji i przygotowanie zastępczego wariantu. Najważniejsza była pozycja przyjmującego. Peter po słabym meczu, Paul po niezbyt dobrym wejściu i Niko – którzy z nich wyjdą na boisko i ;przede wszystkim jak zagrają? Czy będzie lider, czy gra całkowicie się załamie? Pytań było wiele… Moje podejście do meczu? Zabijcie mnie, ale ja nie spodziewałam się, nie liczyłam na nic. Bez stresu, emocji, które odczuwałam jeszcze w piątek. Porażka by mnie nie zaskoczyła, zwycięstwo byłoby czymś naprawdę wielkim.

Zaczęliśmy jednak z Fabianem, Jochenem, Peterem, Paulem, Piterem, Perłą i Igłą. Z zawodnikami przed rozgrzewką wyszedł również nasz kapitan, który choć nie musiał, pojawił się na spotkaniu. O kulach, smutny, wręcz załamany i zrozpaczony – nie takiego Alka znamy. Koledzy musieli zagrać dla niego!!! Początek meczu, ba, cały pierwszy set totalna porażka. Resovia nie miała nic do powiedzenia. Nasi zawodnicy mieli sporo problemów z kończeniem akcji, źle przyjmowali a rywale nie mieli żadnych kłopotów i z zimną krwią wbijali nam gwóźdź za gwoździem. Rozluźnieni, no ale jak mogło być inaczej? Drugi set świetny w wykonaniu Resovii. Początek – 5:0. Szczerze? Byłam lekko wkurzona, że tak szybko odjechali, bo bałam się, że jak zwykle wszystko roztrwonią i się jeszcze bardziej załamią. Ale nic z tych rzeczy. Resovia kończyła ataki, na zagrywce rządził Perła i tym samym na tablicy wyników pojawił się remis – po 1. Trzecia partia zapowiadała się na kluczową. Zaksa objęła prowadzenie i nie oddała go do połowy seta. Potem to Resovia doszła do głosu, jednak końcówka zdecydowanie dla Zaksy – 25:20. Ważnym momentem był challenge po ataku Konara przy 20:22, bo okazało się, że nasz atakujący zmieścił piłkę w polu, a trener niestety dla nas poprosił o sprawdzenie bloku. Zamiast 21:22 było więc 20:23 i Zaksa pewnie zakończyła tego seta asem. Czwarty set? Czy ja czegoś oczekiwałam? Na pewno walki. Rywale szybko odjechali na kilka punktów i praktycznie ciągnęli ten wynik do 20 pkt. 16:19, 17:20 – błąd Możdżonka przy przechodzącej. Komentatorzy wieszczyli, że to może się obrócić przeciwko Zaksie, ale ile razy coś mówią a potem nic się nie dzieje. Tym razem jednak mieli rację. Przy stanie 17:20 na zagrywce pojawił się Dawid i to dzięki niemu zdobyliśmy 5 punktów z rzędu. Nerwy w końcówce, ale dzięki świetnym atakom Petera i krótkiej ze środka niespodziewanie doprowadziliśmy do tie-breaka. W nim od początku rządzili goście. Resovia była nieskuteczna ze środka, ale nie ma co się dziwić. Wystarczyło spojrzeć na Pitera, który ledwo co stał na parkiecie. Nasi jeszcze walczyli, ponownie wzięli się do roboty przy 8:13, wtedy udało się ugrać 3 oczka z rzędu, jednak potem dwa punkty dla Zaksy i koniec. 0:2 w play-offie a w perspektywie mecz na terenie rywala.

Czy jestem zła na Resovię? Nie! Dlaczego? Bo pokazali, że potrafią. Podnieśli się po fatalnym pierwszym secie i walczyli do upadłego, czego symbolem była końcówka czwartego seta. Zagrali naprawdę fantastycznie, oczywiście biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Do zwycięstwa zabrakło niewiele.  Na boisku W KOŃCU dzielił i rządził Peter, który wziął na siebie ciężar gry, był na pewno naszym liderem i nie zawiódł. Zdobył 21 punktów, świetnie przyjmował i naprawdę nieźle zagrywał. Takiej gry od niego oczekiwaliśmy, zwłaszcza wczoraj pod nieobecność Alka. Piątkowy mecz nie zwiastował niczego dobrego w jego wykonaniu, a tymczasem bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Pamiętam jego atak w końcówce 4. seta, bodajże dający nam setbola (nie pamiętam dokładnie). Skończył go z lewego i było w nim tyle radości, jak nigdy! Gdy odwrócił się w stronę kibiców, biegał – poczułam, że nie wszystko stracone. Wtedy zobaczyłam w nim Alka i po części też Dżordża, gdy zapewniał nam Mistrzostwo Polski. Swoje zrobił też Paul – może niewidoczny, ale do tego zdążył nas już przyzwyczaić na przestrzeni 3 lat jego pobytu w Rzeszowie. Cieszyłam się, gdy kończył ataki, bo z tym u niego naprawdę bywa różnie. Podstawowym jego zadaniem było przyjęcie i z tego na pewno się wywiązał. Na ataku grali zarówno Jochen i Dawid. Obaj może nie porywali swoją grą przez cały mecz, ale podkreślić należy to, co zrobił Dawid w końcówce 4 seta. Sprawił, że hala ożyła i pojawił się cień szansy na ostateczne zwycięstwo. Ważnym elementem był środek – zarówno Piter jak i Perła bardzo skutecznie atakowali, zdobywając odpowiednio 13 i 11 punktów. Niestety w najważniejszym momencie, czyli w tie-breaku środkowi nie kończyli swoich akcji, co sprawiło, że mieliśmy trudny start. Na rozegraniu rozpoczął Fabian, który na pewno zagrał dobrze, wykorzystywał środkowych, dzięki czemu mógł rozrzucać blok rywali. W czwartym secie pojawił się Lukas. Tichy zaliczył niezłe wejście. W porównaniu z piątkowym spotkaniem mniej widoczny w obronie był Igła, ale bronili inni zawodnicy. Nasz libero za to naprawdę świetnie przyjmował uzyskując 71% dobrego przyjęcia i 50% perfekcyjnego.

Powtarzam – nie mam im nic do zarzucenia. Zagrali kapitalnie, zabrakło niewiele... Oczywiście, jestem świadoma, że szanse Resovii na awans do finału drastycznie zmalały, wszak straciliśmy nasz największy atut, czyli halę. Ale to, co też powiedzieli na samym końcu komentatorzy, powinno być kwintesencją wczorajszego meczu – może i Resovia przegrała, ale zawodnicy udowodnili sobie, że potrafią, nie załamali się, nie poddali. Jadą do Kędzierzyna pełni wiary w swoje możliwości, które pokazali w tym meczu. Będzie naprawdę ciężko, ale pamiętajmy, że na meczach z Zaksą świat się nie kończy. Jeżeli nie uda się awansować do finału,  to są jeszcze mecze o 3. Miejsce. Oczywiście, sezon będzie wtedy całkowitą porażką, Resovia będzie jak za dawnych czasów nazywana wielkimi przegranymi, ale 3 miejsce to też jest coś i trzeba o nie zawalczyć a nie uznać, że skoro nie ma nas w finale, to reszta się nie liczy. Wiem, wiem, że jest jeszcze jeden, może dwa a może nawet trzy mecze i wszystko się jeszcze może zdarzyć, ale musimy być świadomi, że będzie naprawdę ciężko.

Kolejny piękna porażka za nami. W tym sezonie było ich aż nadto. Jednak ta kolejna piękna porażka może dawać jeszcze nadzieję. Bo gdyby było 0:3, to wątpię, aby Resovia była w stanie pozbierać się psychicznie do kolejnego spotkania. Teraz trzeba wierzyć. A wiara czasem czyni cuda, zwłaszcza w takim pięknym, choć brutalnym, bardzo nieprzewidywalnym sporcie, jakim jest siatkówka.

Dziękuję za walkę, za serce (choć ono tak naprawdę siedziało za bandami) i czekam na dobry mecz ;)

Pozdrawiam



PS. Czyhajcie na kolejnego posta w okolicach środy – wtedy odniosę się do powołań Stephane’a Antigi, który już we wtorek odkryje karty. Czy na liście będzie Igła? To jest chyba podstawowe pytanie i najbardziej intersujące nas nazwisko. No, panie Antiga, zobaczymy coś tam Pan wymyślił :) 

sobota, 5 kwietnia 2014

Bez zwycięstwa i bez Alka

Nie tak to miało wyglądać. Asseco Resovia Rzeszów, pomimo bardzo dobrej gry, przegrała wczoraj w pierwszym meczu półfinałowym u siebie z Zaksą Kędzierzyn-Koźle 2:3. Bez wątpienia jednym z powodów takiego wyniku była fatalna kontuzja naszego kapitana, Alka, który nie zagra już do końca sezonu.

Mecz z Zaksą, a zwłaszcza ten pierwszy, po długiej przerwie, był, przynajmniej dla mnie, bardzo stresującym wydarzeniem. Dawno nie widziałam w akcji Resoviaków, a ostatnim spotkaniem, które miałam „przyjemność” oglądać, był półfinał Pucharu Polski. Wiemy, co się wtedy stało. Wiemy też, kto sięgnął po ten Puchar. Rywalizacja z Zaksą jest w tym momencie najważniejszą batalią tego sezonu. Do końca nie było wiadomo w jakiej formie do wczorajszego spotkania przystąpią rzeszowianie, stąd byłam wręcz przerażona, ale jednocześnie podekscytowana i załamana faktem, że wkroczyliśmy w decydującą fazę sezonu, który zaraz niestety się zakończy.

Ten mecz zaczęliśmy w składzie z Tichym, Jochenem, Alkiem, Peterem, Piterem, Perłą i Igłą, czyli szóstką A, wg ubiegłotygodniowych sparingów między dwoma składami Resovii. Początek meczu niezwykle stresujący. Przez całego seta bardzo się bałam, gdyż wiadomo, że dobre wejście w mecz jest bardzo ważne. Walka toczyła się punkt za punkt. Sporo błędów Resovii, ale za to świetna zagrywka – tak to wyglądało w początkowych akcjach. Dopiero w okolicach 20. punktu udało nam się odskoczyć, co w efekcie dało nam prowadzenie 1:0. Druga partia zaczęła się świetnie dla Resovii. Wydawało się, że przewaga psychologiczna, którą udało się chłopcom zbudować, jest tak wielka, że zwycięstwo Sovii w tej partii ani przez moment nie będzie zagrożone. Ale Resovia, jak to Resovia, nie byłaby sobą, gdyby nie dała się dogonić. Ze stanu 18:14, zrobił się remis po 18, potem z prowadzenia 22:20, zrobiło się 22:25. Poczucie mimo wszystko delikatnie frajersko przegranej partii mogło źle wpłynąć na zespół. Po prostu nienawidzę takich sytuacji, bo po tak dobrej grze, niespodziewana porażka, może całkowicie odwrócić wynik. Na całe szczęście, Resovia w trzeciej partii wróciła do bardzo dobrej gry. Prowadziła od początku do końca. 19:12, bodajże taki wynik widniał na tablicy, gdy w naszej pierwszej akcji, pozornie normalnej, Alek został zablokowany. No cóż, zdarza się. Alek, jak to bardzo często zdarza nam się widywać, bardzo niebezpiecznie lądował przy środkowej linii. Przewrócił się i już nie podniósł. Okazało się, że doznał bardzo ciężkiej kontuzji, która wyglądała fatalnie w powtórkach. Gdy usłyszałam magiczne słowa z ust Tomasza Swędrowskiego „koniec sezonu”, zaczęłam najzwyczajniej w  świecie ryczeć. Ale nie tak po prostu płakać z współczucia i smutku, tylko ryczeć. Alek – nasz kapitan, nasz motor napędowy, zawodnik, którego nieobecności na parkiecie w przeciągu całego sezonu można policzyć na palcach jednej ręki, nasz najważniejszy człowiek w zespole nie zagra do końca sezonu. Gdy go znosili, gdy w końcu opuścił halę żegnany okrzykami na stojąco, gdy leżał zwinięty z bólu – po prostu nie mogłam powstrzymać się od płaczu. W tym momencie przestał dla mnie być istotny wynik. Nawet nie pamiętam końcówki tego seta. Resovia bez niego? nie wyobrażam sobie tego. Nagle poczułam, że to może być koniec nie tylko dla Alka, ale również dla całego zespołu, nie tylko w tym meczu. Przepraszam, ale ja tak naprawdę pomyślałam.  Mimo prowadzenia 2:1, czułam, że jeśli nie wygrają czwartej partii, to w tie-breaku może być naprawdę ciężko. Przed 4 odsłoną uspokoiłam się i wróciłam do gry. Ale ta gra bledła z każdą kolejną akcją. Nie było agresji na zagrywce, Zaksa odskoczyła i choć udało się dojść rywali na 17:18, to jednak końcówka zdecydowanie należała do gości. Wszystko musiało rozstrzygnąć się w piątej partii. My bronimy swojej bazy, TwieRRdzy. Porażka może nam znacząco utrudnić drogę do wygrania tego półfinału. Początek fatalny – 0:3, potem przebudzenie - 7:8. Gdy komentatorzy zapowiedzieli niezwykle emocjonującą końcówkę meczu, nagle zrobiło się 8:13. Wizja porażki stawała się coraz bardziej realna. Ale cóż za zryw! Kapitalne akcje w obronie, m.in. cudowna, wręcz heroiczna obrona Paula, ataki kończone przez Konara i nagle 12:13. A może jeszcze nie wszystko stracone? 12:14 i skuteczna obrona piłki meczowej. 13:14 i niestety koniec…. Co to dla nas oznacza? Że będzie naprawdę ciężko pokonać Zaksę w całej rywalizacji. Kontuzja Alka to był wstrząs dla całego zespołu. Wstrząs, z którego już się nie podnieśli. Na pewno mieli w głowie to, co stało się z ich kapitanem i pewnie też przez to nie byli w stanie więcej zdziałać. Walczyli i za to ogromne brawa, jednak na tym etapie liczą się zwycięstwa. Teraz to Zaksa ma tzw. handicap w postaci wygranej na boisku rywala.

Graliśmy u siebie, powinniśmy wygrać. Resovia zawsze atakowała z niższych pozycji i pierwsze mecze rozgrywała na wyjeździe i nie powiem, ja naprawdę wolałam takie rozwiązania. Teraz musieliśmy wygrać i co najbardziej boli, to fakt, że to zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Resovia grała świetnie, naprawdę. Może nie pięknie, ale niezwykle skutecznie. Kapitalne zagrywki, którymi niesamowicie utrudniała Zaksie wykonanie pierwszej akcji, w sumie 10 asów, cudowne kontry, piękne obrony – taką Resovię znamy i taką kochamy. No właśnie, czego zabrakło? Nie czego, tylko kogo – Alka. Może to się wydawać dziwne z boku, że jeden facet, a raczej jego brak jest w stanie zatrzymać cały zespół. Alek to ktoś więcej niż zwykły zawodnik i my doskonale o tym wiemy. Wczoraj grał kapitalnie. Był niezwykle upierdliwym zawodnikiem. Kończył siłowo, czyli w swoim stylu, ataki, grał na świetnej skuteczności i naprawdę ciężko było go wczoraj zatrzymać. Po tym jak zszedł, pojawiła się okropna wizja – jutro będzie naprawdę ciężko, dlatego dzisiaj (czyli wczoraj) trzeba wygrać!!! To się nie udało i nawet nie chcę myśleć, co będzie dzisiaj. Te mecze kosztują mnie strasznie dużo nerwów, jak nigdy. Brak Alka powoduje, że ten mega silny wyrównany skład nagle staje się przekleństwem, może nie tyle cały skład, co obecność obcokrajowców. W tym momencie na pewno gramy na 2 zagranicznych przyjmujących. A to oznacza, że ktoś z podstawowej ostatnio pary Schöps- Tichacek musi siedzieć na ławce. Wydawałoby się, biorąc pod uwagę przekrój całego sezonu, że to Lukas zawsze będzie tym kozłem ofiarnym. A tymczasem od dobrego miesiąca gra w pierwszej szóstce i wczoraj też to nie on, a Jochen musiał opuścić parkiet. A Jochen grał naprawdę bardzo dobrze. Tym samym, Resovia pozbawiła się dwóch liderów z wczorajszego meczu. no to kto miał atakować u nas – Konar, który ledwo co wszedł z ławki, czy para Penchew-Lotman, która większość sezonu przesiedziała na ławce i zaliczała tylko pojedyncze wejścia. Nagle nie było tego, który pociągnąłby zespół i do którego Lukas miałby 100% zaufanie. Pole manewru ogranicza się do minimum. Jak trener będzie chciał wprowadzić Jochena, to będzie musiał zejść Lukas i odwrotnie. Nie mam pojęcia jak to będzie wyglądało i przepraszam za to, co napiszę (możecie mnie zrugać, buntować się, obrzucać w komentarzach – nie ma problemu), ale ja tę rywalizację widzę w naprawdę czarnych barwach. Staram się być szczera i nie koloryzować. Bez Alka to nie jest ten sam zespół.

Jeszcze chwila o statystykach. Jak już wspomniałam, Resovia kapitalnie grała zagrywką, ale niestety tylko do pewnego momentu, doskonale wiemy, którego. Potem siła zanikła, pojawiły się proste serwisy, z którymi bez problemu radzili sobie rywale. Indywidualnie najwięcej punktów zdobył Jochen – aż 17, przy czym pamiętajmy, że grał tylko przez 3 sety, a nawet niecałe. 15 oczek dorzucił Piter, a po 13 zmiennik Jochena, czyli Dawid i właśnie Alek. Należy tu wspomnieć słówko o Dawidzie, który na pewno był najjaśniejsza postacią w zespole po zejściu Alka. Dzisiaj zapewne wyjdzie w pierwszym składzie, gdyż pewnie pierwszym rozgrywającym będzie Lukas, co jest dla mnie, powiem po raz kolejny ogromną sensacją. Wczoraj Lukas grał kapitalnie, szczególnie na zagrywce. Dawno nie widziałam go tak serwującego, może nawet pierwszy raz w sezonie, gdyż znam go jako raczej tego, który często wstrzymuje rękę, a tu prezentował się naprawdę świetnie – tak, jak mi imponował, zanim przyszedł do Resovii. Prawdę powiedzieli komentatorzy, że Sovia jakby stanęła wpół drogi ku przyspieszeniu gry. Pamiętamy początki z Fabianem, momentami wręcz szaleńczą grę. Mieliśmy zmienić styl, a tymczasem, co widać, wróciliśmy do wariantu, którym wygrywaliśmy dwa ostatnie mistrzostwa. Jednym słowem – siła razy ramię, czyli skuteczność kosztem piękna. Tak można grać, gdy ma się w składzie wykonawców. U nas takim zawodnikiem był Alek. Jak teraz będzie wyglądała gra? Sztab miał niecałe 22 godziny na wymyślenie planu B. jak to wyjdzie w praniu, okaże się już dziś. Na koniec wisienka na torcie, czyli Igła. To, co wczoraj wyprawiał, było niesamowite. Z meczów, które miałam okazję oglądać, był to zdecydowanie najlepszy w jego wykonaniu. Kapitalne obrony w wydawałoby się beznadziejnych sytuacjach, które nakręcały zespół do gry. Gdyby Resovia wygrała nie mam wątpliwości, ze zostałby MVP. Ale wynik był inny. Na pewno czytaliście wczorajszy wywiad z Igłą w Przeglądzie Sportowym. Gdy tylko zobaczyłam nagłówek na okładce, łzy stanęły mi w oczach. To nie jest czas i miejsce na pisanie o kadrze, ale wierzę, że to jest spóźniony żart primaaprilisowy. Stephane Antiga ma jeszcze 3 dni na zmianę decyzji. Jeżeli prawdą jest, co wczoraj mogliśmy przeczytać, to Igła w najlepszy możliwy sposób przedstawił się trenerowi. Na pewno wrócę do tego tematu po ogłoszeniu 22-osobowego składu na 2014 rok. Śmiałam się z całej tej otoczki, bo w końcu czego można się spodziewać, ale w tym momencie Stephane ma u mnie spory znak zapytania.

Całe wczorajsze widowisko na pewno popsuli sędziowie, którzy podjęli gro fatalnych decyzji, które skutecznie weryfikował challenge. W czwartym i piątym secie przeszli samych siebie, gdy nie odgwizdywali Zaksie ewidentnie nieczystych odbić. Dzisiaj mecz poprowadzi inna para, więc mam nadzieje, że i poziom sędziowania będzie inny. Wierzę, że o wiele lepszy.
Nie męczę już Was, ale jeszcze tak na koniec:

Alek to serce zespołu. Bez serca trudno jest grać, co widzieliśmy wczoraj. Ale są inni zawodnicy. Może to czas, aby tacy gracze jak Paul czy Niko pokazali, że nie po to ciężko cały sezon trenowali, żeby siedzieć na ławce i są w stanie grać na wysokim poziomie. To jest ich moment! Chłopaki, wygrajcie to, nie tylko dla siebie, kibiców, ale również a może przede wszystkim dla swojego kapitana! Nie poddawajcie się, o tyle proszę!!! Dajcie nam jeszcze trochę przyjemności, bo nie może być tak, że cała rywalizacja skończyła się po 2,5 seta…


Pozdrawiam 

poniedziałek, 24 marca 2014

Sovia w półfinale, Dżordż najlepszy w LM

Niedziela była bardzo szczęśliwym dniem dla osób związanych z Resovią. Mistrzowie Polski bardzo pewnie wygrali trzeci mecz ćwierćfinałowy z Effectorem Kielce 3:0 i awansowali do półfinału PlusLigi. W nim rzeszowianie zmierzą się ze zdobywcą Pucharu Polski, Zaksą Kędzierzyn-Koźle. Swój powód do radości miał też nasz były atakujący, Gyorgy Grozer, który wraz ze swoją ekipą wygrał finał Ligi Mistrzów.

Najpierw jednak o Resovii. Nie wiadomo było jak rzeszowianie zagrają tuż po fatalnym meczu z Jastrzębskim Węglem. Chociaż wcześniej prezentowali się solidnie, to jednak obawy były. Na szczęście bezpodstawne. Zaczęliśmy tym razem z Lukasem, Jochenem, Piterem, Perłą, Peterem, Alkiem i Igłą. W każdym z trzech setów Resovia nie pozostawiła złudzeń rywalom, nie oddając im więcej niż 18 punktów.

MVP spotkania został powracający do pierwszego składu Jochen Schöps. Zdobył 15 punktów i pokazał, że warto na niego stawiać w decydujących meczach, które przed nami. Taką samą zdobyczą może pochwalić się nasz kapitan. To dobry prognostyk przed półfinałem, gdyż jak wiemy, w ostatnim meczu nie zaprezentował się na dobrym poziomie, do czego zdążył już nas przyzwyczaić. 9 oczek dołożył Piter, 8 Peter a 5 Perła. Najbardziej zdziwiła mnie obecność Lukasa w pierwszym składzie. Czy to oznacza, że będzie on podstawowym rozgrywającym do końca? Choć częściej grał w parze z Konarem, to jednak wczoraj trener zmienił atakującego, a mimo to Lukas został. Biorąc pod uwagę fakt, że przez większość sezonu, w tym w najważniejszych jak do tej pory meczach, głównodowodzącym był Fabian, takie posunięcie może dziwić. Jednak nie narzekam, żebyście mnie źle nie zrozumieli, po prostu zastanawiam się jak to z tymi rozgrywającymi u nas jest.

Przed nami półfinał z Zaksą Kędzierzyn-Koźle. Nie mam pojęcia czego można się w tych spotkaniach spodziewać. Resovia ostatnio grała bardzo dobrze, ale w meczach ze słabszymi rywalami. W teoretycznie najważniejszym meczu z Jastrzębskim Węglem, zagrali fatalnie, więc nie można stwierdzić w jakiej formie aktualnie są. Wszystko okaże się już za dwa tygodnie, kiedy to rozpoczną się najważniejsze mecze sezonu. Ciekawe tylko, czy będą w ogóle transmitowane, bo jak na razie wydaje się, ze Polsat pokaże tylko jeden mecz. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji i wierzę, że wszystko się wyjaśni i będziemy mogli oglądać wszystkie mecze. Ok, ćwierćfinały nie były emocjonujące, więc mogli ich nie puszczać. Ale półfinały? No litości…

Nie mogę nie wspomnieć o ogromnym sukcesie naszego byłego atakującego. Dżordż wraz ze swoim zespołem Biełogorie Biełgorod zdobył pierwsze miejsce w tegorocznej Lidze Mistrzów. zdecydowanie zasłużenie. Rosjanie pokazali bardzo dobrą, siłową i niezwykle skuteczną siatkówkę. Byli faworytem i podołali. Swój wkład w zwycięstwa zarówno z Zenitem Kazań w półfinale, jak i meczu finałowym z gospodarzami Halkbankiem Ankara miał również Gyorgy, który, choć nie był mocno wybijającą się postacią i nie zdobył żadnej nagrody indywidualnej, to jednak zagrał solidnie i walnie przyczynił się do ostatecznego triumfu. No cóż, wiedział, gdzie pójść. Od momentu, w którym zasilił szeregi ekipy z Biełgorodu, wygrał wszystko, co było do wygrania – Puchar Rosji, Mistrzostwo Rosji a w tym roku Superpuchar Rosji, Puchar Rosji i teraz Ligę Mistrzów. Nic, tylko pogratulować :) W tym momencie nie wyobrażam sobie, aby mógł do nas wrócić. Granie w takiej drużynie to marzenie, a wygrywanie chyba prędko się nie znudzi. Miło było patrzeć na szczęśliwego Grozera, który wczoraj osiągnął największy sukces w karierze. Dodatkowo grał w Resovii – tym bardziej powinniśmy być dumni. Szczerze mówiąc byłam właśnie za jego drużyną w tym turnieju, głównie przez wzgląd na samego Dżordża, któremu będę zawsze kibicować. Choć może już tak za nim nie tęsknię, to jednak sentyment pozostał i pozostanie na długo. Tego mogę być pewna :)

3 miejsce Jastrzębskiego Węgla jest świetnym wynikiem i gratulacje, że po słabym sobotnim meczu potrafili pokonać tak wielką drużynę, jaką bez wątpienia jest Zenit Kazań. To sukces polskiej siatkówki i tym bardziej powinniśmy się cieszyć, że po raz kolejny polska drużyna wraca z takiego turnieju z medalem. W sobotę wyobrażałam sobie jakby zamiast JW grała Resovia i trochę smutno mi się zrobiło, ale to trzeba przyznać, że Sovii trudniej byłoby osiągnąć coś więcej niż 4. miejsce, co nie oznacza, że nie wierzyłabym w wygraną Pasów. Jednak nie ma co gdybać, Resovii w F4 nie było i koniec tematu.

Nie wiem, kiedy następnym razem do was napiszę – najprawdopodobniej po pierwszym meczu półfinałowym, do którego jeszcze trochę zostało. Resovia ma w planie dwa wewnętrzne sparingi (ciekawie się zapowiada – walka między szóstkami powinna być zacięta, zobaczymy kto wygra ;)), a potem półfinał. Nie mogę już doczekać się tych spotkań – emocje sięgną zenitu, to pewne.


Pozdrawiam ;)

sobota, 15 marca 2014

Zielona Góro - żegnaj...

To nie tak miało być. Miałam do Was napisać jutro, obojętnie w jakim nastroju, ale jutro. Piszę dzisiaj i to nie dlatego, że założyłam sobie, iż półfinał Pucharu Polski opiszę w oddzielnym poście a finał w oddzielnym. Zaplanowałam sobie, że napiszę po zakończeniu turnieju. A skoro turniej dla nas się dzisiaj skończył, to nie mam na co czekać. Chcę mieć to już za sobą, bo jedyne, czego pragnę, to o tym zapomnieć.

Resovia przegrała zdecydowanie z Jastrzębskim Węglem 0:3. Naprawdę nie chce mi się pisać o przebiegu tego meczu, bo wszyscy widzieliśmy, co się działo. Niech całym komentarzem będzie fakt, iż Resovia ani razu nie była na prowadzeniu. Pierwszy set bez komentarza, a zaczęło się od banalnej nieskończonej kontry w wykonaniu Alka. W drugim wydawało się, że było już po wszystkim, ale Sovia walczyła – niewiele zabrakło, 23:25. Trzeci set to kopia pierwszego…

Można gdybać – co by było, gdyby Resovia wygrała drugą partię? Można, ale po co? Łzy mi najbardziej cisnęły się do oczu, gdy widziałam, jak w końcówce trzeciego seta zdobyli kilka punktów po dobrych akcjach. Dlaczego nie grali tak w całym meczu? Przecież potrafią! Jastrzębie wybiło im siatkówkę z głowy już w pierwszym secie. A wiemy jak funkcjonuje Resovia. Jak źle zaczną i nie wejdą dobrze w kolejną partię, to sorry, ale o wygranej można pomarzyć. Wiem, nie jestem żadnym ekspertem, nie wiem, co siedzi w ich głowach, wypowiadam się jako ktoś, kto nie ma z nimi żadnego kontaktu. Ale nie jest żadną sztuką dostrzec to, że jak się ich gra sypie, to po całości. Ze stanu 0:2 wyszli tylko raz – w meczu z Budvą, ale ostatecznie go przegrali, więc to się nie liczy. Chociaż dzisiaj, jak zawsze – wierzyłam. Do końca…

Dużo zmian, mało plusów. Zagrali praktycznie wszyscy, ale ciężko wskazać kogoś, kto nie zawiódł. Nawet Alek nie dał rady. Dobre wejście zaliczył Niko, potem Jochen się fajnie pokazał, ale co z tego? Nie znam jeszcze statystyk, bo naprawdę nie mam ochoty na nie patrzeć. Szkoda tylko, że nie wykorzystali solidnej gry Igły, który momentami bronił jak w transie.

Nie można generalizować i dramatyzować, że Resovia gra słabo. To był tylko jeden mecz. Ok, ostatnio nie mierzyli się z wielkimi potęgami, ale grali naprawdę świetnie. W poprzednich meczach z ekipami pokroju Kielc czy Częstochowy wygrywali, jednak szło im ciężko. Ostatnie mecze napawały optymizmem. Dzisiaj był swego rodzaju egzamin, który Resovia niestety oblała. Wracając do poprzedniej myśli – to był jeden mecz, w którym wszystko mogło się zdarzyć. Zadecydowała dyspozycja dnia. Zwrot, który może się już znudzić, ale taka prawda – nie wierzę, że Resovia nie umie lepiej grać. Dzisiaj zły początek zawalił cały mecz. I tyle.

Nie ma nas w finale, a to oznacza, że kolejne trofeum powiedziało nam „Żegnaj”. A nie, chwila, to Resovia sama sobie powiedziała „Do widzenia”. Z taką grą jak dzisiaj nie mieli prawa niczego osiągnąć. W poprzednich meczach wydawało się, że się odbudowali. Grali pewnie i zdecydowanie. No tak, ale mierzyli się z BBTS-em, Czarnymi,  Effectorem i  AZS-em Częstochowa. Nie wiadomo było jak dzisiaj zagrają, ale tego nie spodziewał się nikt. Ból jest ogromny, głównie dlatego, że nie walczyli. Może inaczej – walczyli, ale nic z tego nie wynikło.

Teraz pozostała obrona mistrzowskiego tytułu. Inne były cele na ten sezon, a po raz kolejny okazuje się, że ostatnią szansą na uratowanie sezonu pozostaje walka o mistrzostwo Polski. A to wcale nie będzie łatwe zadanie, o czym zapewne się wkrótce przekonamy. Aż się boję pomyśleć w jakiej formie będzie Resovia na te mecze. Czy się odbuduje, będzie miała większą motywację, czy całkowicie straci pewność siebie i ten sezon będzie jedną wielką porażką?

Nie mam siły na nic więcej. Zapewne ten wpis jest trochę chaotyczny, ale chciałam zrobić go jak najszybciej, żeby móc nie rozmyślać o tym meczu. Tak się chyba nie da. Obiecuję sobie jedno – Puchar Polski się dla mnie skończył. Mam małe postanowienie, że nie obejrzę ani drugiego półfinału, ani finału. Nie wiem, czy uda mi się to zrealizować, ale nie będę w stanie patrzeć na inne ekipy, które dalej walczą o to trofeum ani słuchać komentatorów wspominających o genialnej grze JW i fatalnej Resovii. Oni już chyba rozdali karty w walce o MP. Krótko mówiąc – Resovia nie ma żadnych szans i koniec. Zresztą, już się do tego przyzwyczaiłam. Pewnie jestem trochę, że to tak ujmę, za bardzo zapatrzona w Resovię (w tym momencie brakuje mi tego słowa). Chodzi mniej więcej o to, że Resovia jest super, bez względu na to jak gra, a jeśli ktoś ich krytykuje, to go nienawidzę. Może tak to wygląda, ale od dawna odnoszę wrażenie, że każdy błąd, słabszy mecz Resovii jest szeroko komentowany a o dobrej grze mało kto wspomina. To tylko moje odczucie, może się mylę.


Miałam ciężki tydzień, czekałam na ten mecz jak na żaden inny. Nie widziałam Resovii od dwóch tygodni a po opiniach po ostatnich meczach w ich wykonaniu z wielkim zaciekawieniem czekałam na tę konfrontację. No to się doczekałam. Najgorszego meczu w wykonaniu Resovii. Dziękuję! Chociaż co tam ja i moje głupie marzenia i oczekiwania. Nie chciałabym znajdować się teraz w skórze Resoviaków. W ciągu półtorej godziny zaprzepaścili szansę na osiągnięcie jednego z głównych celów w tym sezonie. Znowu na drodze stanęło nam Jastrzębie. Czy można mówić o patencie JW? Nie wiem, być może okaże się w finale. O ile oczywiście do niego awansujemy. A to teraz wcale nie będzie oczywiste…

niedziela, 9 marca 2014

Effector dwukrotnie bez szans!!!

Za nami już dwa mecze ćwierćfinałowe, w których Asseco Resovia Rzeszów zmierzyła się na Podpromiu z Effectorem Kielce. w obu tych spotkaniach Mistrzowie Polski byli zdecydowanie lepsi i zasłużenie wygrali po 3:0, nie dając rywalom praktycznie żadnych szans.

Zanim jednak napiszę o tych meczach, chciałabym na moment zatrzymać się przy ubiegłorocznym ćwierćfinale. Wtedy to się działo… Resovia już od pierwszej rundy musiała walczyć na śmierć i życie o awans do półfinału, do którego inne ekipy awansowały praktycznie bez problemu. Tamta batalia na długo pozostanie w naszej pamięci. Fantastyczny drugi mecz, w którym mogło wydarzyć się wszystko, kapitalne wejście Bartmana, który pozamiatał na parkiecie i zapewnił nam wygraną po tie-breaku. W trzecim meczu prowadzenie 2:0 i wydawałoby się, że już jesteśmy w najlepszej czwórce. Tymczasem Skra nie odpuściła, wygrała ten, jak i również kolejny mecz u siebie. Piąte decydujące spotkanie w Rzeszowie. I znowu pewne prowadzenie Resovii 2:0, z którego nic nie wyszło, bo Skra ponownie odrobiła straty. Tie-break był jednym wielkim stresem dla nas, ale przede wszystkim dla zawodników. Piłka meczowa w górze, zagrywka Alka, blok na Atanasijević’u i tak. Koniec!!! Wtedy wydawało się, że osiągnęliśmy coś wielkiego, emocje były takie jak w finale, a tymczasem Resovia uczyniła dopiero pierwszy krok. A tych kroków było potem jeszcze sporo. Ta batalia była niesamowita, o czym zdążyłam już wielokrotnie napisać. Ale dalej, na samą myśl o tych spotkaniach, mam gęsią skórkę…

Tymczasem w tym sezonie, Resovia (podobnie zresztą jak Skra) wyciągnęła wnioski i nie dopuściła do tak ogromnego stresu siebie i kibiców. Mistrzowie Polski po raz pierwszy wygrali rundę zasadniczą i tym samym w ćwierćfinale spotkali się z 8. ekipą tabeli. Walka o to miejsce była również zacięta i wywołała wiele kontrowersji związanych z rozgrywaniem spotkań ostatniej kolejki w różnych terminach. Zarzutów ciągle jest sporo, jednak nie o tym jest ten post. Ostatecznie mierzymy się z Effectorem Kielce.

Pierwsze spotkanie zaczęliśmy w składzie: Lukas, Konar, Alek, Peter, Piter, Grzyb (ponownie wielkie zaskoczenie) i Igła. Premierowy set bez historii. Resovia pewnie wygrała do 15, od początku narzucając rywalom swój styl gry. Świetnie mecz rozpoczął Piter, który po raz kolejny siał spustoszenie w szeregach rywali swoim ostrym flotem. Rzeszowianie pewnie kończyli swoje ataki i zwycięstwo w tym secie nie podlegało żadnej wątpliwości. Wynik – 25:15. Druga partia bardziej zacięta. Kielczanie starali się trzymać blisko Resovii, jednak końcówka należała do miejscowych, głównie za sprawą świetnie spisującego się Alka. Efektem tego było zwycięstwo do 22. Trzeci set zakończył się identycznym wynikiem jak w pierwszej, czyli 25:15. Pewne prowadzenie Mistrzów Polski od początku do końca i pierwsze zwycięstwo stało się faktem.

MVP został Piter, który zdobył 10 punktów (6 atakiem, 1 blokiem i 3 zagrywką). Cieszy to, że był często wykorzystywany, bo jak wiemy, z tym różnie bywa. Jeśli jednak dostaje piłki, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że je skończy. I tu główne zadanie należy do rozgrywającego. Wczoraj na tej pozycji grał Lukas, który chyba gra coraz pewniej. Oczywiście, nie widziałam tego meczu, nawet nie słuchałam relacji w radiu, ale czytając jego przebieg, mogę stwierdzić, że tak jest. Sporo wystaw do środkowych, do tego naprawdę częste uruchamianie pipe’a z Peterem i Alkiem – no no ;) Drugi środkowy, Wojtek Grzyb zapisał na swoim koncie 8 oczek. Mnie po raz kolejny zdziwiła jego obecność w pierwszym składzie, ale skoro ma grać, jak grał w ostatnich dwóch meczach, to nie mam nic przeciwko ;) Pozostali zawodnicy również świetnie się spisali. Wspomniany Peter, który jak się okazało ma najlepsze statystyki spośród wszystkich zawodników na tej pozycji w naszym klubie (w tym momencie ukłon do hejterów ;)), chyba powoli łapie niezłą formę. Wczoraj zdobył 12 punktów. Najwięcej oczek, spośród wszystkich Resoviaków, 15, zdobył nasz kapitan, który nie zawiódł w nerwowym drugim secie. Zresztą, nie zawiódł w całym spotkaniu :D Naprawdę, z każdym kolejnym meczem jestem pod coraz większym wrażeniem jego gry. W tym momencie nie wyobrażam sobie Resovii bez tego człowieka. Najlepiej ujął to ostatnio trener Pasów, Andrzej Kowal:
„Alek to jest kapitan, serce i dusza zespołu. On zawsze będzie miał miejsce w szóstce i musiałby mieć nogę złamaną, żeby nie grać. Bez niego nie wyobrażam sobie jak na razie tego zespołu i dlatego on zawsze będzie grał. Chyba, że pojawią się jakieś inne czynniki jak np. nagła obniżka formy. On jest motorem napędowym tego zespołu”.

Powiedzmy sobie szczerze, trenerzy rzadko mówią takie słowa. Zobaczcie, w Resovii panuje ogromna konkurencja na wszystkich pozycjach. Nigdy nie wiadomo kto wyjdzie, tego pewnie czasem nawet sam Andrzej Kowal nie wie, a tymczasem wypowiada takie słowa. Nie chodzi mi o to, że sam sobie przeczy, nie! Mam na myśli to, że Alek jest główną postacią tego zespołu, co nie podlega żadnej wątpliwości. Nie trzeba w końcu być filozofem, żeby zobaczyć, że w każdym meczu Alek wychodzi w pierwszej szóstce i jest pewniakiem. Te słowa naszego trenera są naprawdę piękne i podkreślają ogromną rolę Alka w Resovii, który nie tylko ot tak jest jej kapitanem, bo nie było chętnych ( to słowo tak naprawdę czasem niewiele znaczy), ale jest głównym motorem napędowym tego zespołu i przede wszystkim jego sercem. No, trochę się rozpisałam :) Podsumowując - Alek jest naprawdę wielki!!!

W drugim spotkaniu obu ekip nastąpiła jedna zmiana – Petera zastąpił Paul. To spotkanie było jeszcze bardziej pod dyktando rzeszowian, gdyż w każdym secie wygrali do 18. Od początku świetnie grał Alek, a za nim poszedł cały zespół. Resovia kontrolowała przebieg tej partii i pewnie wygrała do 18. Drugi set bliźniaczo podobny do pierwszego. Dopiero w trzecim rywale postawili się, jednak nie na długo, tylko do pierwszej przerwy technicznej. Potem na boisku dzieliła i rządziła już tylko Resovia. Kapitan poprowadził swoją drużynę do bardzo pewnego zwycięstwa, co oznacza, że od awansu Resovię dzieli już tylko jedna wygrana.

MVP meczu został Igła. Przeglądając statystyki zastanawiam się jak musiał zagrać, skoro dostał nagrodę, biorąc pod uwagę to, co dzisiaj wyczyniał Alek. 20 punktów w trzech setach? Szacun. Czy po raz kolejny musze powtarzać, że on jest niesamowity? Chyba nie :) Do tego 15 oczek dorzucił Dawid. Szczerze mówiąc myślałam, że dzisiaj Resovia wyjdzie z Fabianem i Jochenem. Zobaczymy czy Dawid i Lukas zostali podstawową parą (choć słowo „podstawowa” w kontekście Resovii jest mocnym nadużyciem :P), czy np. w Pucharze Polski wyjdą inni zawodnicy. Osobiście uważam, że bardziej realna jest druga opcja. Ale to się okaże w czwartek. Dzisiaj wyszedł Paul i zdobył 4 oczka. Oczywiście w porównaniu z wyczynem Alka to niewiele, ale moim skromnym zdaniem (choć ponownie nie śledziłam spotkania na żywo), nie był aż tak potrzebny w ataku, stąd tylko taki dorobek. Skuteczność 29% nie zachwyca, ale za to statystyka w przyjęciu (73% pozytywnego, 23% perfekcyjnego) zdecydowanie bardziej poprawia humor i pokazuje, że aż tak źle nie zagrał. Wojtek zdobył 7 a Piter tym razem 5 punktów. Więc ponawiam pytanie, bo może ktoś wie, jak zagrał Igła? W przyjęciu najlepszy nie był, więc może po prostu dał solidny popis umiejętności w obronie. Bo tłumaczenie, że po prostu nie było komu dać, jak to czasem już bywało, nie może być właściwe ;)

Prowadzimy 2:0, brakuje nam już tylko jednego zwycięstwa do awansu do półfinału. Teraz jednak zapominamy na chwile o play-offach i skupiamy się na Pucharze Polski, który rozpoczyna się już w czwartek. W meczu ćwierćfinałowym zagramy z AZS-em Częstochowa. Najbardziej denerwuje mnie godzina tego pojedynku. 11:30 – niestety nie dam rady obejrzeć, zresztą kto z nas chodzących do szkoły lub mających inne ważne obowiązki da radę? Będzie to pierwszy mecz transmitowany, którego z przyczyn ode mnie niezależnych nie obejrzę, więc jest mi trochę przykro. 4 spotkania, cały dzień transmisji a Resovia musi grać z samego rana. Jak pech to pech :/ Nie jest to nominalna godzina rozgrywania meczów PlusLigi, więc ciekawe jak na to zareagują siatkarze. Jednak z drugiej strony nie będzie miało to oczywiście większego wpływu na wynik. Plusem może być to, że w przypadku EWENTUALNEJ wygranej, siatkarze Sovii będą mogli spokojnie odpocząć, na luzie obserwować to, co będzie działo się w innych parach i przygotować się na sobotę. O ile oczywiście im się uda wygrać. Tego przecież nigdy nie można założyć, choć Resovia będzie zdecydowanym faworytem.

Dzisiaj uraczyłam Was sporym postem. Zastanawiałam się czy rozbić mecze na dwa posty, czy nie, ale doszłam do wniosku, że o poszczególnych meczach nie będę miała za dużo do napisania, więc je połączyłam i mam nadzieję, że jakoś to wyszło. Przypominam o głosowaniu w ankietach ;)


No i cóż.. do czwartku! ;)

sobota, 1 marca 2014

Miazga na Podpromiu. Wygrywamy rundę zasadniczą!!!

Asseco Resovia Rzeszów w meczu XIII (ale rozgrywanej jako ostatniej) kolejki PlusLigi zdecydowanie pokonała Cerrard Czarnych Radom 3:0. Było to nie pozostawiające żadnych złudzeń zwycięstwo, które zagwarantowało Mistrzom Polski pierwsze miejsce na koniec fazy zasadniczej.

Mecz zapowiadał się bardzo ciekawie. Resovia była pod lekką presją, gdyż strata choćby seta przy zwycięstwie Skry Bełchatów 3:0 nad Effectorem Kielce (mecz ten dopiero w środę, ale jak już wiemy nic nie zmieni) powodowała, że rzeszowianie straciliby pierwszą lokatę. Radom nie miał za to nic do stracenia. Wiemy jak do tej pory prezentowali się podopieczni Roberta Prygla, wiemy też jak ostatnio falowała nasza Sovia, więc nic tak naprawdę nie było pewne. Dzisiaj mogło zdarzyć się naprawdę wszystko. Na szczęście Resovia zagrała jak na Mistrzów Polski przystało.

Zaczęliśmy z Tichym, Konarem, Alkiem, Peterem, Piterem i Wojtkiem, co było, przynajmniej dla mnie, sporym zaskoczeniem (o czym napiszę w następnym akapicie) oraz Igłą. No i cóż. Cerrard prowadził jedynie na początku pierwszej partii. Potem pociąg z napisem „Resovia” odjeżdżał, odjeżdżał i nie dał się dogonić. 8:5, 16:9 i ostatecznie 25:12. Jednym słowem – miazga. Co wydarzy się w drugim secie, nigdy nie wiadomo. Zarówno Resovia może zagrać gorzej, a i goście mogą spróbować zatrzeć złe wrażenie po premierowej odsłonie i zacząć grać na swoim dobrym poziomie. Jednak nic z tych rzeczy. Ponownie Radom prowadzi 1:0, ale dalej, z każdą akcją, Resovia wychodzi na coraz wyższe prowadzenie – 8:3, 16:7, 20:7, 24:10 i po małej serii błędów w końcówce wygrywa 25:13. No tak, ale przed nami długa przerwa. A nuż Resovia się za pewnie poczuje i wszystko roztrwoni? Taki scenariusz był możliwy. Powiem więcej, sama się troszkę tego obawiałam, jednak dzisiaj takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w rachubę. Rzeszowianie i tym razem nie pozostawili złudzeń gościom i wygrali bardzo pewnie i zasłużenie, podobnie jak w drugiej partii 25:13 i mogli cieszyć się z wygranej i z pierwszego miejsca po fazie zasadniczej PlusLigi.

Nasz zespół zagrał prawie perfekcyjnie! Oczywiście nie ustrzegł się błędów, ale indywidualnie ciężko wskazać jakiegokolwiek zawodnika, który zagrał słabo. MVP został Dawid, który zapisał na swoim koncie 14 oczek. Kończył praktycznie każdą piłkę, którą dostał od Lukasa. Ja szczególnie zapamiętam jego 3 pojedyncze bloki, gdyż na tym poziomie to naprawdę rzadkość. Jeden czasem się zdarzy, ale 3? Dawid, szacun :) Skuteczność w ataku również miał fenomenalną. Najbardziej widoczny był w pierwszej partii, jednak potem to co dostał, to skończył, więc nagroda jak najbardziej zasłużona. Osobiście jednak przed wyborem MVP zastanawiałam się pomiędzy właśnie Konarem a Tichym, bo on również zagrał świetnie. Uruchamiał wszystkie strefy, pojawiły się pipe’y, grał dużo środkiem i dołożył piękną kiwkę, stąd miałam małe wątpliwości, ale już nie raz potwierdza się, że komisarze patrzą na zdobycze punktowe zawodników. Dawid zdobył najwięcej punktów, więc dlatego został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu. Ale żeby nie było, inni zawodnicy również świetnie wykonali swoją robotę. Alek, również zdobywca 14 punktów, raz po raz ze sportową złością obijał ręce rywali w ataku, bił pewnie z lewego, do tego dołożył mocne i, co najważniejsze, precyzyjne zagrywki (jedną to wręcz zabił rywala – 114km/h – JEST MOC!!!). Potwierdził, że jest w znakomitej formie i stanowi bardzo mocny, o ile nie najmocniejszy punkt zespołu. Komentatorzy nazwali go „kręgosłupem drużyny” i tak na pewno jest. 10 oczek dołożył Peter i on również może zaliczyć ten mecz do udanych. Jego szybkie ataki z lewego biły pewnością siebie i to bardzo dobrze zwiastuje w perspektywie kolejnych spotkań. Jak już wspomniałam, Tichy często uruchamiał środek, zwłaszcza w trzecim secie. Zawdonicy występujący na tej pozycji, w ataku zdobyli w sumie 8 punktów, ale dołożyli je również w innych elementach i tak Piter zakończył mecz z dorobkiem 8, a Wojtek 7. No właśnie, skoro o Wojtku mowa. Osobiście przeżyłam szok widząc go w pierwszym składzie. Nie mam nic do tego zawodnika, broń Boże, ale mając w głowie to, że przez cały sezon nie łapał się do 12, siedział na trybunach, ciężko było mi zrozumieć decyzję trenera, który postawił na niego w ostatnim, dość ważnym meczu. Wojtek na szczęście nie zawiódł. Może miał mało okazji w ataku, ale blokiem i zagrywką (szczególnie w drugim secie) pokazał się z jak najlepszej strony, co zauważyli również komentatorzy. No i na deser Igła. Nie zagrał jakoś genialnie, ale to co miał przyjąć, przyjął perfekcyjnie (raz tylko miał małe wahnięcie), zaliczył kilka obron, więc można wywnioskować, że jest w pełni gotowy do walki w play-off. A tam będzie nam bardzo potrzebny.

Wartym podkreślenia jest fakt, że trzech naszych najlepiej punktujących (Dawid, Alek i Peter) zdobyli tyle samo punktów, co cały zespół z Radomia - 38. Takie rzeczy rzadko mają miejsce, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że goście nie mieli żadnych szans w starciu z Mistrzami Polski. 12 bloków przy żadnym!!! rywali mówi samo przez się. Pamiętajmy, że Cerrard ma najwyższą szóstkę w całej lidze i blok siłą rzeczy jest ich bardzo mocną stroną. Jednak dzisiaj nasi atakowali tak pewnie i skutecznie, że nie było szans ich w żaden sposób powstrzymać. Zagrywka również była silnym elementem Resovii. 5 asów, do tego mnóstwo serwisów utrudniających rozegranie, co przekładało się na sporą liczbę kontr i przede wszystkim wyżej wspomnianych bloków. Postrach siali praktycznie wszyscy, z Piterem na czele ;)

Resovia zagrała krótko pisząc genialnie!!! Oczywiście, zawodnicy nie ustrzegli się błędów i zapewne mogli zagrać jeszcze lepiej, ale ani przez moment nie dali rywalom cienia szansy na wyrwanie choćby seta. To się ceni, zwłaszcza, że Mistrzowie Polski grali pod małą presją, chociaż trenerzy na pewno powiedzą, że pierwsze czy drugie miejsce nie ma żadnego znaczenia, bo jak można było to zobaczyć choćby w ubiegłym sezonie w wykonaniu Resovii, można zdobyć mistrzostwo Polski nawet z 4. miejsca.

Poprawcie mnie, jeśli źle piszę, ale o ile ja dobrze pamiętam (a taką rzecz na pewno bym zapamiętała), Resovia po raz pierwszy w tym sezonie PlusLigi, nie oddała rywalom w każdym z setów więcej niż 20 (a w dzisiejszym meczu nawet 15) punktów. Na taki mecz czekałam długo, bałam się, że już się go nie doczekam. Nie jestem nie wiadomo jak pazerna na punkty, czy coś w tym stylu, żebyście mnie źle nie zrozumieli. Po prostu chciałam zobaczyć pewną, zimnokrwistą, nie pozostawiającą od początku do końca złudzeń rywalom, wygrywającą zdecydowanie i grającą z uśmiechem na ustach i zwykłą frajdą Resovię. I taką właśnie dzisiaj zobaczyłam. Biorąc pod uwagę ostatnie, dość, że się tak wyrażę, słabe jak na to, co już zdążyli pokazać wcześniej, mecze, w których męczyli się i nie pokazywali maksimum możliwości, tym bardziej należy cieszyć się z tego spotkania. Zawodnicy i sztab też pewnie odetchnęli z ulgą.

Naprawdę miło było patrzeć na taką Resovię. Może mecz dla neutralnego obserwatora był nudny i jednostronny, ale dla mnie nie było w nim ani grama nudy. Co ja poradzę na to, że uwielbiam oglądać Sovię w takim wydaniu :) A że rzadko mamy okazję patrzeć na takie mecze, tym bardziej cieszy ten dzisiejszy.

Tymczasem czekamy na rywala w ćwierćfinale. Walka w dole tabeli jest bardzo emocjonująca. Wszystko ważyć się będzie do samego końca. Na kogo trafimy? Okaże się już niebawem :)


Pozdrawiam :)