sobota, 9 listopada 2013

Wywozimy punkt z Bełchatowa

Mecze Resovii ze Skrą Bełchatów ostatnimi czasy przybrały miano: Gran Derbi PlusLigi. Mimo że bilans spotkań z 7-krotnym Mistrzem Polski długo był dla nas bardzo niekorzystny, to jednak, biorąc pod uwagę szczególnie ostatnie dwa sezony, zacięty finał i chyba jeszcze bardziej emocjonujący ćwierćfinał, jak najbardziej można zgodzić się z tym stwierdzeniem. Niestety dzisiaj nie udało nam się wygrać. Dlaczego napisałam w tytule „ wywozimy punkt z Bełchatowa”, a nie np. „Przegrana ze Skrą”? A no dlatego, że ten punkt mimo wszystko powinniśmy doceniać.

W fazie zasadniczej naszej Ligi, w ostatnich kilku sezonach, z Bełchatowa nie wywoziliśmy punkty, ba nie wygrywaliśmy nawet seta. Podkreślam, w fazie zasadniczej, play-offy to już całkiem inna bajka. Tamte mecze były całkowicie pod dyktando gospodarzy. Nie stały na wysokim poziomie i często zamiast hitu, były zwyczajnie jednostronnym widowiskiem. Nie wiem, jak Wy, ale ja trochę podchodziłam do tego dzisiejszego spotkania, z myślą, że może być ciężko. Nie chciałam się specjalnie „napalać” na wielkie widowisko, podeszłam spokojnie do tej potyczki.

Początek nie był zbyt obiecujący. Zaczęliśmy z Fabianem, Jochenem, Piterem, Perłą, Peterem, Alkiem i dwójką libero, czyli Nikołajem i Mateuszem. Mniej więcej do 10 punktu Skra górowała nad nami. Potem jednak wszystko się zmieniło. Zwłaszcza końcówka w wykonaniu Resovii była świetna i tym oto sposobem pierwszy set był na naszym koncie. W tym momencie pojawiła się nadzieja na coś więcej, przynajmniej z mojej strony, biorąc pod uwagę moje podejście do tego spotkania. Nerwy były duże. Druga partia zaczęła się najgorzej, jak tylko mogła. Seria Uriarte na zagrywce, bloki, asy, nieporozumienia na linii Penczew - Veres i na tablicy wyników zrobiło się 2:7. Gonitwa przez resztę seta przyniosła zmniejszenie strat do trzech punktów, ale na zwycięstwo to było za mało. Trzeci set wyrównany do stanu 17:17. I wtedy zaczął się cyrk… Bloki Skry, antenki Konara, auty po atakach, dwa błędy w przyjęciu i z remisu zrobiło się 18:25. Czwarta partia była do pewnego momentu pod wyraźne dyktando gospodarzy. Gdy osiągnęli 3-4 punktową przewagę, my w ogóle nie potrafiliśmy ich dogonić. Punkt za punkt, bez przełamania przy swoim serwisie. Atmosfera na hali, dość wyraźnie okazywana radość Skry dawały wrażenie, że Sovia nie ma argumentów. Chłopcy nie potrafili nic zrobić, żeby dobrać się do rywala, który pewnie kończył wszystkie swoje ataki. Jednak do pewnego czasu. Było bodajże 15:18, gdy zaczęliśmy grać porządnie. Skra dołożyła swoje błędy, a my też skrzętnie to wykorzystaliśmy, kończąc kolejne kontry. Wydawało się, że Skra nas już zdominowała, a tu szykował się tie-break. W nim zaliczyliśmy fatalny początek. Choć udało się wyrównać na po 8, to jednak potem Skra odskoczyła na 3 punkty i nie byliśmy w stanie jej dogonić. Mamy punkt.

Teraz pytanie – cieszyć się czy płakać? Ja po trochu się cieszę, bo jak już wyżej wspomniałam, nie spodziewałam się aż tak wyrównanego meczu. Co ciekawe spotkanie stało na naprawdę niezłym poziomie, chociaż bez błędów też się nie obyło. Najlepiej zapomnieć szczególnie o trzeciej partii, w której oddaliśmy rywalom 12 (?!) punktów, z czego większość w samej końcówce. Poziom spotkania i towarzyszącym mu emocjom był wysoki i obiektywni obserwatorzy mogli chyba po części być usatysfakcjonowani. U mnie mimo wszystko pozostał spory niesmak, bo można było więcej ugrać, ale widać, Skra była po prostu lepsza.

Indywidulanie po naszej stronie najlepiej, po raz kolejny w ostatnim czasie, spisał się nasz kapitan, Alek (zdobył 16 punktów). Gra rozkładała się na wielu zawodników. Fabian nieźle rozgrywał, choć momentami za bardzo ryzykował. Czasem to się udawało i wychodziły fajne zagrania, czasem nie, i albo nie przebijaliśmy piłki, albo oddawaliśmy za darmo, skazując się na świetnie funkcjonującą w tym spotkaniu kontrę Skry. Ogromnym wsparciem dla Alka, okazał się Jochen, który zaczynał mecz w pierwszej szóstce, w drugiej partii zszedł, by na czwartą znowu zameldować się na parkiecie. Osobiście uważam, że za szybko zszedł w drugim secie. Zapłacił za złe przyjęcie, słabe wystawy, przez co pakował się w blok. Oprócz tego słabszego fragmentu, grał bardzo dobrze i w sumie zdobył o dwa oczka mniej od kapitana, czyli 14. Dawid, żeby nie było, dał dobrą zmianę, ale błędy w końcówce trzeciej partii, a konkretnie dwa ataki po antence, przesądziły, że nie wyszedł na kolejnego seta w podstawowym składzie. Środkowi skończyli, co mieli skończyć. Co ciekawe, więcej punktów zdobył tym razem Perła – 10, a Piter 5. Drugi przyjmujący, czyli Peter, ewidentnie nie przypadł do gustu komentatorom. Nie powiem, nie gra wybitnie, ale też trzeba zwrócić uwagę na to, że większość zawodników nie jest w formie. Fakt, od niego sporo się wymaga, ale wierzę, wręcz jestem pewna, że jeszcze pokaże pełnię swoich umiejętności. Cały czas za to przerażają i jednocześnie wywołują podziw te ekspresy do niego na lewe, które nie wiem jakim cudem kończy, ale to robi, za co jemu wielka chwała. Gdy grał słabo, na boisku pojawił się Paul. Od początku nieźle spisywał się w ataku, ale w sumie zdobył tylko 5 pkt i na dwa ostatnie sety wyszedł ponownie Peter. Jutro nasz amerykański przyjmujący wylatuje na zgrupowanie reprezentacji USA przed Pucharem Wielkich Mistrzów. Mam nadzieję, ze tam trochę pogra i jak wróci, będzie stanowił silny punkt naszego zespołu.

Co nawet sami komentatorzy zauważyli, a co naprawdę rzucało się w oczy, to brak Igły.  I to nie tylko dlatego, że mieliśmy problemy z limitem obcokrajowców (był moment, gdy już chciał wejść na podwójną Tichy, ale przecież nie mógł). To też było ważne, bo pole manewru było ograniczone, ale rownież pod względem sportowym różnica była widoczna. Chociaż nawet nieźle przyjmował Niko, momentami fajnie bronił młody Masłowski, to jednak widać było, że Igły brakuje. Po udanym zagraniu, było widać ogień u naszych zawodników, to jednak prawdziwego „spajacza” i motoru napędowego tej drużyny, jakim bez wątpienia jest Igła nie było widać. Ten człowiek może mało bronić, ale po prostu musi być w naszym zespole, zwłaszcza w takich meczach, jak ten ze Skrą i wszystkich innych bazujących na emocjach. Na szczęście, w następnym spotkaniu, z Politechniką Warszawską, powinien zagrać i to jest bardzo dobra wiadomość.

Inna rzecz rzucająca się w oczy, niestety in minus, to była praca sędziów. Nie dość, że liniowi się nie popisali, odgwizdując boisko, gdzie ewidentnie pod ich nosem piłka spadała w aut, to jeszcze swoje dorzucił drugi sędzia. Jeden raz szczególnie zapadł w pamięci. Pierwszy raz mieliśmy my, jako widzowie Polsatu Sport, możliwość podpatrzenia oficjalnych wyników wideoweryfikacji na ekranie monitora, z którego korzysta drugi arbiter. Jedna z akcji – bodajże Alek (już teraz sama nie pamiętam, jeśli to był kto inny, to mnie poprawcie), bynajmniej na pewno z lewego skrzydła, przy wyniku 10:9 dla Sovii, zaatakował w boisko. Tak mu się przynajmniej wydawało. Sędzia odgwizdał aut, więc trener Kowal poprosił o challenge. Na zdjęciu ewidentnie było widać, jak piłka spłaszcza się na linii. Fragment jest na aucie, fragment w linii. My to widzimy, komentatorzy też. A sędzia stoi i się patrzy. O co chodzi? A on dalej stoi i się przygląda. Po chwili wychodzi na boisku i gwiżdże aut. Okej, może to nie zaważyło za bardzo na wyniku, może nie przez to przegraliśmy, ba na pewno tak nie było, ale takich błędów nie wolno popełniać! Stąd pretensje ma Andrzej Kowal i pewnie pół, o ile nie cała Resovia. Jednak fakt faktem Skra zasłużenie wygrała i nie ma co zwalać na tą sytuację, czy inne. Jednak stronniczość arbitrów była nad wyraz widoczna. A to nie jest to, do czego powinni dążyć sędziowie.

Wracając do Resovii. Spokojnie – zemścimy się na Podpromiu! Tak się złożyło, że z potentatami gramy teraz na wyjeździe, a wiadomo jak Resovia gra w innych halach i jak o wiele lepiej i łatwiej gra się u siebie (nie zawsze, ale przeważnie). Więc nie ma co się sugerować wynikami, płakać, że Resovia jest najsłabsza z Wielkiej Czwórki, bo to się jeszcze zmieni. Eksperci pewnie będą mówili, że Mistrz przegrywa z 3, 5 ekipą poprzedniego sezonu. Co więcej, niedawno pojawiły się głosy, że porażka z Jastrzębiem to jest sensacja. No to przepraszam bardzo, Resovia musi z wszystkimi wygrywać. Co, oni są cyborgami, czy jak? Pamiętajmy, najważniejsze są play-offy, a do nich jeszcze trochę czasu zostało.


Tyle o tym spotkaniu. Jeśli chcecie coś dodać, to chętnie dowiem się, jak Wy widzieliście to spotkanie. Liczę również na wyrażanie opinii poprzez „reakcje”, które macie na dole pod postami. 

czwartek, 7 listopada 2013

Trzy punkty zostają w Rzeszowie

Tym razem obyło się bez większych niespodzianek i Resovia w III kolejce Ligi Mistrzów pewnie pokonała Jihostroj Czeskie Budziejowice 3:1.

We wczorajszym meczu liczyliśmy na pełną koncentrację Resoviaków i pewne zwycięstwo. W całym spotkaniu bywało różnie – pierwszy set cały czas na granicy, ale zwycięstwo do 22. Drugi pewnie rozpoczęty, ale seria atakującego Kriski, który miał być największym zagrożeniem ze strony Czechów i ewidentnie był i co więcej przez pierwszą część meczu był nie do powstrzymania, ustawiła wszystko. Chociaż pod koniec tej partii, chłopcy zerwali się do walki, to jednak atak Dawida Konarskiego przy 19:23 w antenkę, zaważył na tym, że się nie udało. Niby podgoniliśmy trochę, ale za 4 razem rywale wykorzystali piłkę setową i wygrali seta. Odezwały się stare grzeszki – padła seria, a potem już było za późno na walkę. Teoretycznie z takim rywalem (przy całym szacunku dla gości), nie powinniśmy tracić seta, bo taką grą można ich zachęcić do walki, a potem zawsze jest ciężko. Zresztą, o tym najlepiej przekonaliśmy się tydzień temu, gdzie chłopcy pozwolili Czarnogórcom rozwinąć skrzydła i ostatecznie Resovia stała się sprawcą niemałej sensacji. Jednak trzecia, a zwłaszcza czwarta partia uspokoiła nas i przede wszystkim samych zawodników. W 3. Do mniej więcej 10 punktu gra była bardzo wyrównana. Ale wtedy na zagrywce pojawił się niejaki Jochen Schöps i praktycznie pozamiatał sprawę. Nie była to może tak imponująca i efektowna seria jak Mattiego Oivanena, ale swoje nasz atakujący zrobił – dwa albo trzy asy (dokładnie nie pamiętam), zespół dorzucił bloki i skuteczne kontry i set był pewnie wygrany do 16. Prawdziwy popis Resovii czekał nas w czwartej odsłonie, gdzie szybko odskoczyliśmy rywalom. Padła seria bodajże 9 punktów przy zagrywce Pitera, a po niej spokojnie utrzymywaliśmy przewagę. W końcu pojawił się luz, radość, czyli coś, na co czekaliśmy po blamażu sprzed tygodnia.

Co warto podkreślić, gra była w miarę równomiernie rozłożona. Świetnie grał Alek, zarówno w ataku, jak i na zagrywce. Swoje z lewego dorzucił również Peter, który po prostu żąda takich ekspresów, że momentami chyba sam do nich nie nadąża. Momentami jest to szaleńcza gra, ale jeśli Peter ma tak kończyć piłki, jak wczoraj, gdzie z paradoksalnie gorszych piłek zdobywał punkt, a z łatwiejszymi miał problem, to proszę bardzo. Z czego jestem najbardziej zadowolona? Z postawy Lukasa. Pierwszy raz widziałam praktycznie pełny mecz w jego wykonaniu (nie licząc podwójnych, aczkolwiek krótkich zmian). Najważniejsze jest to, że nie było wielkiej różnicy w tym, jak rozgrywał Fabian. Oczywiście to są dalej dwaj różni zawodnicy i dwa odmienne style, ale widać było, że Tichy przyspiesza grę, a więc nie ma z tym problemu i to bardzo cieszy. Świetnie rozumiał się z Piterem, wystawiał mu cudowne piłki na odpowiedniej dla niego wysokości. Podobnie jak Fabian maksymalnie przyspieszał na lewe, a szczególnie do Petera. Urozmaicał grę i to jest ogromny plus. A więc wziął się do roboty i będziemy mieli ciekawą rywalizację między naszymi rozgrywającymi o pierwszą szóstkę. Inna, równie interesująca walka od dawna zapowiada się na prawym skrzydle. Wczoraj, chociaż wyszedł w podstawowym składzie Dawid, to jednak większość meczu i to na dobrej skuteczności, rozegrał Jochen. Szczególnie pokazał się w trzecim secie, na zagrywce, o czym już wyżej wspomniałam. Nowością, przynajmniej dla mnie, osoby, która nie widziała meczu z Transferem, był występ pary Penchew- Masłowski na libero. Widok Igły na trybunach jest czymś nowym i mam nadzieję, że w trakcie sezonu nie będziemy musieli na to patrzeć. Niemniej jednak i Niko, i Mateusz zagrali w miarę poprawnie. Zapewne wielkim wydarzeniem był ten mecz dla naszego młodziutkiego libero, który podobno jest szykowany na przyszłego następcę Igły. 16 lat, występ w PlusLidze, a teraz w Lidze Mistrzów – to dla niego jest naprawdę wielka sprawa. Zagrał na całkiem niezłym poziomie. Wchodził jedynie do obrony i kilka piłek wyciągnął. Niko, wchodzący do przyjęcia, też nie zawiódł. Przyjmował solidnie i na szczęście nie był nam wczoraj potrzebny jako nominalny przyjmujący wchodzący z ławki, bo koledzy na tej pozycji nie zawiedli. Swoje kilka minut miał w meczu Paul, którego chyba najrzadziej widzimy z wszystkich (przynajmniej w meczach transmitowanych). Wczoraj miał trochę pecha. W trzecim secie wszedł, dostał piłkę na pipe’a i został zablokowany. W czwartej z lewego też po jego ataku piłka została w naszym polu, potem zdobył jeden punkt, mógł drugi, bo Tichy dwa razy przy piłce meczowej posłał do niego na pipe’a (nawet komentatorzy zauważyli, że Tichy za wszelką cenę chce mu dać skończyć), ale niestety na nic to się zdało. Więc występ trochę nieszczęśliwy, ale wierzę, że jeszcze o Paulu będzie w tym sezonie głośno :)

No właśnie, skoro o Paulu mowa. Nasz przyjmujący za chwilę, konkretnie w niedzielę wylatuje na zgrupowanie kadry przed Pucharem Wielkich Mistrzów. Nie będzie go przez ponad dwa tygodnie. Na szczęście jeszcze w sobotę będzie w składzie Sovii na mecz ze Skrą Bełchatów. Problem byłby gdyby go nie było, bo jak wiemy, na libero gra ostatnio Niko, a wtedy zostalibyśmy tylko z dwoma przyjmującymi.  Igła jednak wraca do zdrowia i pewnie wystąpi w najbliższym (po Bełchatowie) meczu PlusLigi i Niko wróci na swoją nominalną pozycję. A więc na wielki mecz Paula będziemy musieli troszkę poczekać. No chyba, że będzie miał wejście smoka w Bełchatowie, kto wie :D

Po słabych dwóch setach, w końcu widzieliśmy pewną siebie, skoncentrowaną i cieszącą się grą Sovię. Jak komentatorzy narzekali na brak bloku w pierwszych partiach, tak w trzeciej i czwartej punktowali tym elementem praktycznie cały czas. Co mogę więcej dodać – marzę o jednym takim spotkaniu całkowicie pod nasze dyktando. Bez utraty serii, bez nerwów w końcówkach. Od początku do końca bawiący się grą, uśmiechnięci i niedający szans na wyjście z 20 pkt w żadnym z setów. Jeszcze takiego spotkania nie było, wpływ na to ma zapewne też przerwa, ale wierzę, że jeszcze kiedyś będę świadkiem takiego spotkania. 

Tymczasem cieszymy się z trzech punktów, zapominamy o drugiej partii, chwalimy za dwie ostatnie i czekamy na szlagier ze Skrą. Jeszcze bez Igły niestety, ale w najbliższych meczach powinniśmy już go widzieć na boisku.

Do niedzieli ;) A może i soboty… Zależy od wyniku i nastroju po spotkaniu :D Także pilnie śledźcie i nie zapominajcie o „reakcjach” :)

PS. I te wąsy... :D Ale się Resovia zaangażowała w Movember! ;)

niedziela, 3 listopada 2013

Bydgoszcz pokonana!

Wczoraj odbyły się 4 mecze IV kolejki PlusLigi. Swoje spotkanie rozegrała też Resovia. Rywalem Pasiaków był zespół, który jak dotąd jako jedyny nie wygrał żadnego spotkania – Transfer Bydgoszcz.

Po raz kolejny muszę stwierdzić, że nie widziałam tego meczu, no bo jak. W radiu transmisji nie słuchałam, bo nie było mnie w domu. Nie śledziłam relacji w Internecie, ponieważ w czasie, gdy Resovia rozgrywała swój mecz, ja byłam w Olsztynie i oglądałam mecz Indykpolu z Politechniką Warszawską. O tym meczu jednak nie będę pisać, bo wiem, że Was to niewiele obchodzi. O ile o spotkaniu z Zaksą wspomniałam, bo była to sensacja i jednak Kędzierzynianie to nasi rywale w walce o mistrzostwo, o tyle ani Olsztyn, ani Warszawa teoretycznie (teoretycznie!!!) nie stanowią dla nas większego zagrożenia. Mogę jedynie wspomnieć, ze brat naszego byłego Resoviaka – Mikko Oivanena – Matti, zrobił niezłe show. Od stanu 10:10, zszedł z pola zagrywki przy wyniku 21:10 dla miejscowych. Za nic nie chciał się pomylić :) Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam TAKĄ SERIĘ, może już nie pamiętam, ale takie coś zdarza się raz na sto spotkań (no może przesadziłam). Zasłużenie zdobył nagrodę MVP. Hitem kolejki był mecz Zaksy z Jastrzębskim Węglem. Jego też nie widziałam, a nawet jakbym widziała, to ten blog nie jest ani poświęcony Zaksie, ani Jastrzębianom, a kto chciał, ten oglądał i widział to podobno bardzo ciekawe spotkanie. Inną, chyba największą sensacją tej serii spotkań była porażka dotychczasowego lidera, PGE Skry Bełchatów z beniaminkiem z Radomia 1:3. A więc każdy już jakieś spotkanie przegrał, a na pierwsze miejsce ponownie wróciła nasza kochana Sovia.

Spróbuję coś napisać o meczu z Bydgoszczą. Szczegółów żadnych nie ujawnię, ale mam nadzieję, że ci, którzy byli obecni na spotkaniu, w komentarzach podzielą się wrażeniami. Z mojej strony będzie to swego rodzaju improwizacja :)

A więc tak – dwa pierwsze sety pewnie wygrane. Mam nadzieję, że było to spowodowane solidną i dobrą grą Resovii a nie masą błędów przyjezdnych. Na wynik trzeciego seta chyba klasycznie miała wpływ 10-minutowa przerwa.  Czwarty chyba spokojniejszy i 3 punkty na naszym koncie :) (wiem, wiem, bardzo szczegółowa analiza ;) ) MVP meczu został Lukas – bardzo się z tego cieszę, ponieważ dla niego to na pewno wielka sprawa, biorąc pod uwagę to, że mecze częściej zaczynał Fabian, a gdy już trener rozpoczął z Tichym w składzie, to szybko go ściągał. Świetnie zagrał Alek – zdobył 22 punkty i teoretycznie pewnie jemu się ta nagroda należała, ale to tylko pokazuje, że Lukas dostał ją nie dlatego, że nie było komu jej przyznać, tylko faktycznie dobrze rozgrywał. Ja mu życzę wszystkiego najlepszego, niech pracuje na treningach i gra. Chociaż bardzo lubię Fabiana i jestem bardzo zadowolona z jego postawy, to zawsze kibicuję Lukasowi, za to, co go spotykało przez te dwa lata. Mam nadzieję, że coś o jego grze mi tutaj napiszecie ;) Z opinii pomeczowych wynika, że silnym punktem Resovii była zagrywka. No cóż, w końcu!!! :D

Złą informacją jest kontuzja Igły. Jak już powtarzałam, nie śledziłam sama tego spotkania, dostawałam jedynie sms-y od koleżanki z wynikiem setów i pierwsza myśl, która mi przyszła po otrzymaniu sms-a o treści „Igła ma kontuzję…”, była taka – ten facet to ma szczęście w tym sezonie. Pierwszy raz od początku trenował z zespołem, nie był na Mistrzostwach Europy, więc nie przyjechał do klubu z jakimś urazem, a jednak paradoksalnie ma już 2 urazy za sobą. Jest już po zabiegu – sprawa dotyczyła naderwania mięśnia czworogłowego. Przerwa najprawdopodobniej będzie wynosić tydzień. Na pewno nie zobaczymy go w meczu LM z Budziejowicami, nie wiadomo czy wystąpi w hicie ze Skrą Bełchatów.

Tyle na dzisiaj ode mnie :)


PS. Jeszcze raz dziękuję za te już ponad 1600 wyświetleń :D

czwartek, 31 października 2013

KOMPROMITACJA

Kompromitacja – jedyne słowo, które znajduję w swojej głowie, gdy wspominam wczorajszy mecz. Innego słowa nie jestem w stanie z siebie wydobyć. Mecz, który powinniśmy gładko wygrać, koncertowo przegraliśmy.

ZANIM ZACZNĘ, TO OSTRZEGAM, ŻE NIE JEST TO BYNAJMNIEJ TŁUMACZENIE PORAŻKI… JA SIĘ NAPRAWDĘ WCZORAJ WKURZYŁAM I TERAZ TO, CO CZYTACIE TO JEST CZYSTA PRAWDA Z MOJEJ STRONY, BEZ ŻADNEGO OWIJANIA W BAWEŁNĘ. No dobra, przez jakiś fragment, potem będzie już spokojniej…

Budvanska Rivjera Budva – kto to jest? Przepraszam bardzo, nikogo oprócz Marka Bojić’a stamtąd nie znam, a może powinnam. Może gdybym wiedziała, nie doznałabym takiego szoku, jak wczoraj. Mecz na pozór łatwy. No kurde, pokonaliśmy TEORETYCZNIE (jest to bardzo ważne słowo!!!) najtrudniejszego rywala w grupie z ogromną łatwością i to jeszcze na wyjeździe. Następny mecz gramy u siebie z jakimiś Czarnogórcami. Po raz kolejny przepraszam – naszym obowiązkiem było ten mecz wygrać i to 3:0! Skończyło się jak się skończyło..

Pierwszy set wyrównany, potem odjazd Czarnogórców i walka o przetrwanie naszych w pierwszym secie. Prawie doszli. No właśnie PRAWIE… Skończyło się 23:25. To już była niespodzianka! Po szybkim 4:1 w drugiej partii można było się spodziewać, że nasi w końcu się rozluźnili i za chwilę zaczną dominować. Po szybkim 4:1 zrobiło się jednak jeszcze szybsze 5:5… Dalej powtórka z 1. seta. było już 13:17, ba było 21:24 i wtedy pojawiła się iskierka nadziei. Pewny atak Penchewa po rękach, dwa niespodziewane bloki i jest remis.. Więcej – potem był jeszcze skuteczny atak Jochena. No, w końcu się przebudzili. Może zdobędziemy jednak te 3 punkty… Aha… As serwisowy rywali, blok na Jochenie i bajo… Niespodzianka? NIE! To była już SENSACJA!!!

Po raz kolejny rzeszowianie musieli ratować się z wyniku 0:2. Ostatnio ugrali seta. Czy teraz się uda? Udało się – ugrać 2. Mamy progres!!! Trzecia partia niby dla nas, ale pewności w tym nie było żadnej. Czwarta już lepsza, już nawet pojawiła się radość na twarzach. Ale tie-break… Tam wszystko jest możliwe. A właśnie w tej piątej partii, którą tak bardzo pragnęliśmy po drugim secie, przypomniały się stare koszmarki. Szybkie prowadzenie gości, potem 4:8 na zmianie stron. Ups, mamy problem! Heroiczna obrona Jochena, po której zdobył punkt (był to bynajmniej najpiękniejszy punkt, jaki widziałam od dobrego roku, no może od pięknej obrony Igły pod siatką w meczu z Warszawą hen hen temu) dawała jeszcze nadzieję. Ta nadzieja szybko zniknęła… Chociaż niespodziewanie jeszcze wróciła po asie Jochena, to nagle uleciała w powietrze po bloku na tym samym zawodniku, który dał rywalom 14 punkt i pierwszą piłkę meczową. Skończyli za drugim razem. TAK! MAMY SENSACJĘ! W KOŃCU COŚ SIĘ DZIEJE!

Ale chyba nie o to nam w całej tej zabawie chodziło… Miały być pewne 3 punkty, jest 1 i to mocno wywalczony. Dlaczego tak się stało? Dlaczego przegraliśmy, skoro rywal popełnił całą masą błędów? Nie znam statystyk, ale na samej zagrywce zarobiliśmy praktycznie seta!!! A mimo to przegraliśmy. Brak koncentracji? No tak, przecież mecze same się wygrywają. Gramy u siebie z jednym z najsłabszych rywali w stawce – no co nam się może złego stać? Takim podejściem za daleko nie zajedziemy. Dużo zmian w składzie, znowu pojawili się wszyscy zawodnicy. Szkoda tylko, że żaden z nich nie był w stanie grać równo. Już nie można zwalać na żadną podróż. Graliśmy u siebie, w hali, w której chłopcy praktycznie nie przegrywają.
Z milszych akcentów, o ile takie w ogóle można wskazać, jednym był powrót na Podpromie Marko Bojić’a, niestety dla nas, zwycięski powrót. Naszemu dobremu znajomemu bardzo dobrze grało się w rzeszowskiej hali. Gorzej szło mu z zagrywką, jak i całemu zespołowi, ale w ataku Marko grał naprawdę świetnie. Gratulacje Marko!!! Tyle nam pozostaje do powiedzenia….

Wynik 25:11 z Paris Volley poszedł w świat tydzień temu. Wielka wygrana!!! Pokaz siły!!! Teraz… teraz poszedł w ten sam siatkarski świat wynik, który chluby nie przynosi. Wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że solidna porcja lodowatej wody wylała się z kubła na głowy naszych zawodników. Wierzę też, że zrozumieli swoje błędy i więcej taki mecz się nie powtórzy. Oczywiście siatkówka rządzi się swoimi prawami, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Resovia zagrała słaby mecz, chłopcy dali się rozegrać rywalom, a ci, gdy poczuli palec, zabrali całą rękę, no prawie całą – udało się zachować dwa palce. Oczywiście możemy zdobyć jeszcze pierwsze miejsce w grupie, ale nie ma mowy o żadnym odpuszczaniu, ani przez chwilę! Kto by pomyślał, że będziemy się trząść o zwycięstwo w grupie. Mam nadzieję, że i nas ten mecz nauczył wielkiej pokory do tego sportu. Pokorę musimy mieć szczególnie my, kibice takiej drużyny, jak Asseco Resovia Rzeszów. Oni już nie raz i nie dwa sprowadzili nas na ziemię. Bycie fanem Resovii to jest naprawdę sprawa podwyższonego ryzyka. Kilka stanów przedzawałowych w czasie meczów, po spotkaniach wielkie niedosyty i ciągłe poczucie zmarnowanej szansy to norma. Tylko, że nie wiem, czy ktokolwiek z nas mógł się już do tego przyzwyczaić, bo czasem to dzieje się tak niespodziewanie i w takich okolicznościach, ze mało kto jest sobie w stanie to wyobrazić.  


Wczorajszą farsę (o, znalazłam jednak inne słowo…) to jednym zdaniem – LIMIT KOMPROMITACJI W TYM SEZONIE OFICJALNIE ZOSTAŁ WYCZERPANY. Panowie, czas się wziąć do roboty! Po nadspodziewanie dobrym początku sezonu, wracamy do punktu wyjścia, czyli resoviackich fal w grze. Teraz w LM nie ma miejsca na żadne potknięcia. W PlusLidze też, żeby nie było… 

sobota, 26 października 2013

Hit III kolejki PlusLigi nie dla nas

Smutne było dzisiejsze popołudnie. Resovia przegrała na wyjeździe z Jastrzębiem 1:3. Porażka mogła nam się zdarzyć, jednak sam przebieg meczu, dawał szanse na coś więcej. Tym razem się nie udało.

Początek meczu mieliśmy świetny. Do czasu… Od stanu 15:11 Jastrzębie przejęło inicjatywę. Jak sobie liczyłam od stanu 20:20, JW popełniło co najmniej 5, jak nie więcej błędów własnych. A więc można powiedzieć, że wyrównana końcówka była w głównej mierze ich udziałem. 28:27 dla Sovii, pierwsza piłka setowa, serwis Pitera, błąd w przyjęciu i już się cieszyłam. Myślałam, że to koniec, ale jakimś cudem naszym rywalom udało się przebić piłkę. Ta po stronie Resovii poszła na lewe do Veresa, a on z kolei uderzył w siatkę. Potem zdarzyły się dwa fatalne błędy na pipe’ie do Alka… Wielka szansa zmarnowana przez głupie błędy. 12 Resovii, 13 JW – ale seta wygrali gospodarze.

Po pierwszej partii jasne, przynajmniej dla mnie było to, aby koniecznie wygrać 2 partię, by mieć szansę na 3 punkty. Ja wiedziałam, że jeżeli ją przegramy, to będzie zwyczajnie koniec. Resovia nie przyzwyczaiła nas do odwracania wyniku, więc czemu nagle dzisiaj miałoby się tak stać. Seta wygrali gospodarze – do 19, a więc dla mnie stało się jasne, że albo 3 partia zakończy mecz, albo wobec 10-minutowej przerwy, Resovii uda urwać się chociaż seta.
Urwali seta, ale mimo prowadzenia pewnego na początku, roztrwonili przewagę i końcówka była nerwowa. Na szczęście udało się przedłużyć spotkanie i teraz – my dalej walczymy o choćby punkt, a Jastrzębie o całą pulę. Gospodarze zaczęli lepiej, nasi gonili, gonili i w końcu dogonili. Najlepiej grali w okolicach drugiej przerwy technicznej, gdzie od stanu 12:15 zdobyliśmy 6, a Jastrzębie 1 punkt. Na nic to się jednak zdało, w końcówce JW nam odskoczyło na 1-2 pkt a mecz zakończył się blokiem na środkowym.

Podsumowując – dużo roszad w składzie (zagrali wszyscy), jednak dzisiaj to było za mało. Najlepiej zagrał Dawid Konarski, momentami fajnie grał Fabian Drzyzga, przyjmujący starali się wzajemnie uzupełniać, a najlepsze wrażenie zrobił z nich chyba Nikołaj. Po raz kolejny, konkretnie drugi, wszedł za Alka i nie zawiódł. Pewny punkt w przyjęciu, niezły w ataku, ale w dalszym ciągu to było za mało. Chyba juz zaaklimatyzował się w Polsce. najważniejsze polskie słowo już zna, a przecież jest niewiele ponad tydzień :) Widać bardzo szybko się uczy. Wracając do samego spotkania, zadecydowały błędy – nawet nie wiem ile ich w sumie było. Cały mecz nie stał na wybitnym poziomie, ale kilka akcji zapadło w pamięci.

Wynik w Jastrzębiu jest sensacją? Wobec naszego „papierkowego” składu, na pewno. Ale gdyby grał tylko papier, już dawno bylibyśmy w finale. Na taki a nie inny stan rzeczy miało wpływ wiele rzeczy – pamiętajmy, że nie będziemy niepokonaną drużyną. Mecze między Wielką Czwórką będą się kończyły różnymi wynikami. Łatwiej jest na pewno gospodarzom. Zresztą w Jastrzębiu dawno nie wygraliśmy. No i w końcu najważniejszy powód, który na pewno miał wpływ na całą naszą grę to PODRÓŻ. Samolot z Paryża spóźnił się, Resoviacy dotarli do Jastrzębia wczoraj wieczorem! Nie odbyli normalnego treningu, był jedynie rozruch przez meczem. Co więcej, Jastrzębie swój mecz grało we wtorek a my w czwartek. Liga nie zgodziła się na przesunięcie tego spotkania. Myślałam, że od początku wyjdzie inny skład, jednak Andrzej Kowal postawił na ostatnio pierwsze zestawienie. Można śmiać się, że to jakaś głupia wymówka, że jakby byli taką świetną ekipą to takie rzeczy w ogóle by im nie przeszkadzały, ale to naprawdę miało ogromny wpływ na grę. 2 mecze w ciągu 3 dni to naprawdę jest przesada. Gdyby grali u siebie, byłoby to bardziej do zniesienia. Jednak mimo wszystko szansa na choćby punkt była. Nie udało się, ale spokojnie – odwdzięczymy się naszym kolegom z Jastrzębia na Podpromiu!!!

Inną fajną rzeczą był w końcu debiut Igły w nowej koszulce. Projekt nowego stroju był pilnie strzeżony :) Nie mogłam się doczekać meczu, w którym w końcu ujrzymy tę kreację. Ujrzeliśmy dzisiaj :D Kiedy było przedstawienie zespołów i go zobaczyłam, pomyślałam, że… patrzę na mecz Delecty (przepraszam, Transferu – jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tej nazwy…). Nie był to jednolity strój, jak rok temu, tylko biało-czerwony, ale mi bardzo się podoba. Numer z tyłu utworzony ze zdjęć kibiców na hali – fajna sprawa. Jeszcze nie zidentyfikowałam wzoru na dole koszulki, ale jeszcze będzie okazja. Ciekawe czy czarna wersja jest taka sama… :) Co do stroju, to wracając do czwartku, Resoviacy pokazali się w koszulkach przeznaczonych na LM. Nazwiska tym razem klasycznie, na górze :D Do tego brak biało-czerwonych pasków z przodu – na początku miałam mieszane uczucia, ale po przyzwyczajeniu nawet mi się spodobało ;) Igła miał wersję chyba „wyjazdową” (no właśnie, dlaczego grali w domowych? Żeby się nie zlewało, czy jak?). W nich drugi rok z rzędu uchwycony jest motyw kibiców – obrazek z hali, jednak jest tylko na dole, ale uważne oko dostrzeże wszystko :) A Wam jak się podobają stroje na LM i kreacja Igły? :D

Wracając do głównego wydarzenia dzisiejszego dnia… Wielka szkoda, ale nie załamujemy się i walczymy dalej. Teraz czeka na nas LM i mecz z młodymi Serbami. W ogóle zauważyliście, że układ spotkań w +Lidze jest bardziej korzystny? W tamtym roku mecze z ekipami Wielkiej Czwórki były jeden po drugim – jednym słowem maraton. Teraz po JW mamy Transfer Bydgoszcz (no z całym szacunkiem, nie jest to ubiegłoroczna Delecta), dopiero potem Skrę Bełchatów, a na koniec pierwszej rundy wicemistrzów Polski z Kędzierzyna-Koźla. Także nie mamy maratonu, ale teraz skupiamy się na Lidze Mistrzów.

piątek, 25 października 2013

Pierwsze zwycięstwo w LM!

Za nami pierwszy mecz w Lidze Mistrzów. Resovia pewnie pokonała na wyjeździe Paris Volley 3:0, mecz był bardzo ciekawy i co najważniejsze pewnie wygrany przez naszą drużynę. Więcej poniżej :)

Po raz kolejny zaczęliśmy w tym samym składzie, czyli z Konarem, Fabianem, Perłą, Pitem, Alkiem, Peterem i Igłą. Początek meczu był bardzo nerwowy z naszej strony – trzy pierwsze zagrywki zepsute, co spowodowało większą ostrożność przy wykonywaniu następnych. Silnej zagrywki zatem nie mieliśmy – mieliśmy za to blok i atak i to one w pierwszym secie zadecydowały o wygranej. Drugi bardzo wyrównany, nawet z lekka przewagą Paris Volley – prowadzili już m.in. 17:13. Na szczęście po raz kolejny nasi zawodnicy pokazali, że są silni w końcówkach i ta partia również została wygrana, tym razem na przewagi – do 26.

Najlepszy, najpiękniejszy, najcudowniejszy i najefektowniejszy był trzeci set. Skutkiem naszej gry i gry rywali był na pewno poprzedni set – naszym chłopakom dodało to pewności siebie i trochę zmniejszyło im ciśnienie, natomiast rywalom odebrało ochotę do gry. 8:2 na pierwszej przerwie technicznej. Przyznam się bez bicia – myślałam, że stracą koncentrację, odpuszczą i Paris Volley nas dogoni. No ej, to w końcu Resovia! Miałam prawo tak sądzić! Na szczęście chłopcy pokazali pełen profesjonalizm, nie odpuścili i efektem tego był wynik 23:9. Nie wiem jak u Was, ale mnie przemknęło przez myśl pytanie – wypuścimy ich z 10 czy nie? Niestety wypuściliśmy (ja jestem bardzo pazerna na wynik i im efektowniej tym lepiej), ale wynik 25:11 poszedł w świat i biorąc pod uwagę fakt, że to Liga Mistrzów, to na pewno pokazaliśmy siłę. Siła była zwłaszcza w bloku. O ile w drugim secie mieliśmy niedobór tego elementu w grze, o tyle w trzeciej partii nadrobiliśmy to z nawiązką. Serie kilku bloków pod rząd, czap mogły zdeprymować każdego i wczoraj ewidentnie wykonały swoje zadanie :D A kiedy wynik był pozytywny i gra szła, to i od razu zagrywka była mocniejsza i skuteczniejsza – czyli jednak można :) Jak miło było oglądać takie wyniki na tablicy. To był pierwszy tak pewnie wygrany set przez Resoviaków! Radość chłopaków przesiąkała przez telewizor i naprawdę było mi strasznie przykro, że ten mecz już się skończył.

Personalnie potwierdziło się to, że mamy wyrównany skład i zawodników, którzy w każdej chwili są w stanie decydować o wyniku. Po naszej stronie tym razem najlepiej zagrał Peter.  Słabszy dzień miał Alek, stąd szybko, a konkretnie w drugim secie mogliśmy po raz pierwszy oglądać Nikołaja Penczewa. Przyznam się, że czułam, iż właśnie wczoraj Niko zaliczy swój debiut – a jakoś tak :) A on po raz kolejny potwierdził, że warto na niego stawiać, bo choć młody, jest naprawdę nieźle ułożonym zawodnikiem. Świetnie przyjmuje, regularnie zagrywa, a i atak też ma niezły. Jest ogromnym wsparciem dla Alka i mam nadzieję, że przez cały sezon będą się świetnie uzupełniać. Po raz kolejny zaimponował mi nasz rozgrywający, Fabian. Skomentuję to krótko – LUKAS, CIĘŻKO PRACUJ, BO MASZ GODNEGO RYWALA NA SWOJEJ POZYCJI!!! Krótkie rzucane z 4. Metra do Pitera – szczególnie jedna zapadła mi w pamięć, w której komentatorzy przypomnieli podobną akcję w wykonaniu Luciano de Cecco, a która zachwyciła siatkarską Europę. Żeby nie było tak kolorowo, kilka błędów w wystawach, zwłaszcza na lewe było, ale aby dojść do perfekcji, trzeba wykonać setki takich akcji, dlatego bierzmy na to poprawkę i pamiętajmy, że zmiana stylu i przyspieszenie gry to nie jest takie hop siup :)

Co jeszcze się rzuciło w oczy w Paryżu? KIBICE! Setki polskich kibiców na czele z fantastycznym Klubem Kibica, który za swoimi zawodnikami pojedzie chyba wszędzie. Żeby w swojej hali słyszeć gwizdy na siebie – rzecz niespotykana, ale polscy, nie tylko rzeszowscy fani nie raz wypełniali w większości zagraniczne hale. LUDZIE, JEŻELI MNIE TERAZ CZYTACIE, TO WIEDZCIE, ŻE JA WAS PO PROSTU UWIELBIAM!!! Biało-czerwony Paryż, coś pięknego.. :)

Już jutro kolejny mecz w PlusLidze – tym razem szlagierowe spotkanie z naszymi dobrymi znajomymi z Jastrzębia-Zdroju. Nie wiem dlaczego cały czas byłam przekonana, że ten mecz jest w niedzielę, mecz po dniu przerwy, a gdzie jeszcze podróż… No nie zdziwię się jeśli będą zmiany w wyjściowym składzie. U nas zmian można dokonywać zawsze i wszędzie i co najlepsze – wcale nie zostanie obniżony poziom gry. Dlatego nie odpuszczamy jutro i jedziemy dalej! 3 punkty do zgarnięcie, będzie ciężko, ale wierzymy w Sovię!


Kolejny wpis dodam albo już jutro, a jeśli nie, to na pewno w niedzielę. Także bądźcie czujni! :D

Stephane Antiga oficjalnie trenerem reprezentacji Polski!

Stephane Antiga oficjalnie został trenerem reprezentacji Polski. Decyzja szokująca, wzbudziła wiele kontrowersji. Wiele ludzi wyraża swoją opinię na ten temat – js również postanowiłam się do tego odnieść.

Po pierwsze, słowo o Andrei Anastasim. Nie powiem, kiedy wręcz pewne było to, że Anastasi nie będzie dalej trenerem Polaków, powoli oswajałam się z tą decyzją i nie byłam bardzo zrozpaczona. Jednak, kiedy zobaczyłam profil Andei na Tiwtterze a konkretnie nowe zdjęcie było mi smutno… Zamiast wśród naszych reprezentantów, Andrea jest sam, nie ma na sobie polskiej koszulki… Słowa, które napisał, podziękowania, mnie osobiście zmroziły. Doszło do mnie, że coś się skończyło. Nie ma Andrei, a więc to już nie będzie ta sama reprezentacja. A więc nie pozostaje nic innego, jak podziękować naszemu trenerowi za piękne chwile, za medale, za miłe słowa pod adresem polskich kibiców. Miejmy nadzieję, że o nas prędko nie zapomni – bo my o nim na pewno nie zapomnimy prawda?

Teraz o nowym trenerze. Któregoś dnia, bodajże we wtorek, wieczorem, przypadkowo przełączyłam na Polsat Sport News. Leciał żółty pasek…  Od razu rzuciło mi się w oczy coś o 37-letnim Francuzie. Czułam, co zaraz doczytam. Pierwsza reakcja? Śmiech! Pierwsza myśl – nieodpowiedzialność. No bo jak można powierzyć reprezentację komuś, kto nie dość, że jest młody, nie prowadził żadnej reprezentacji, nie prowadził nawet żadnego klubu, ba – jest czynnym zawodnikiem! Jerzy Mielewski zapowiadał zaskoczenie. Nie pomylił się. W ogóle mam wrażanie, że niektórzy dalej nie mogą w to uwierzyć.

Stephane Antiga to bez wątpienia wybitna postać w świecie siatkówki. Genialny zawodnik, który nawet w wieku 37 lat prezentuje niezwykły poziom. Różnica jest jedna – genialny zawodnik nie musi być genialnym trenerem. Oczywiście nie wiemy, jakim Antiga będzie trenerem, bo skąd mamy to wiedzieć, ale nie da się ukryć, że kilka świetnych zawodników nie było wybitnymi szkoleniowcami. Zresztą coraz więcej takich graczy pojawia się nawet w naszej lidze. Miguel Falasca, Sebastian Świderski, Robert Prygiel – oni od razu po zakończeniu kariery zawodniczej zajęli się trenerką i jeszcze nie wiemy z jakim skutkiem. A tu mamy reprezentację Polski – uznaną, czołową ekipę, która odnosi sukcesy w mistrzowskich imprezach i trenera bez żadnego doświadczenia, który co więcej, właśnie zaczął sezon klubowy w Skrze Bełchatów i nie ma zamiaru rezygnować z gry.

Sam Antiga to byłoby szaleństwo. Na szczęście jest jeszcze ktoś taki jak Phillippe Blain – człowiek, który starał się o objęcie funkcji szkoleniowca naszej reprezentacji w 2011 roku, czyli wtedy, kiedy trenerem został Andrea Anastasi. Ma to być duet szkoleniowców, jednak podział jest wyraźny – Antiga będzie pierwszym trenerem, a Blain drugim. Jednym z powodów jest pełnienie przez Blaina funkcji w CEV-ie, która nie pozwala na bycie pierwszym szkoleniowcem reprezentacji. Teraz naprawdę nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć w ten duet. Nie psioczyć, nie narzekać, ale trzymać kciuki – w końcu za rok mamy Mistrzostwa Świata u siebie.

Na chwilkę wrócę jeszcze do wyboru trenera. Kiedy usłyszałam od kogoś, że trenerem mógłby zostać nasz Andrzej Kowal. Rozbawiło mnie to, naprawdę. Z całym szacunkiem dla naszego szkoleniowca, ale mimo wszystko jego osiągnięcia z Resovią są za małe na CV nadające się do reprezentacji. W tym miejscu muszę go przeprosić. Przy Antidze, Kowal jest mega doświadczonym trenerem, który najpierw był drugim szkoleniowcem u boku Jana Sucha oraz potem u boku Ljubomira Travicy i przeszedł pełną drogę do tego, aby objąć samodzielnie zespół. Na szczęście albo i nieszczęście nie był zainteresowany prowadzeniem kadry ze względu na obowiązki klubowe, z których nie miał zamiaru rezygnować. Pojawiały się głosy, że Andrzej Kowal jest za młody, ale w obecnej sytuacji hmm.. nie jest wcale tak źle. Pomyślcie – o czym świadczy to, że PZPS stawia na Francuza bez doświadczenia a nie chce postawić na Polaka z doświadczeniem. To jest porażka dla polskiego systemu szkoleniowego. Czujemy się gorsi? Człowiek z zagranicy jest gwarantem sukcesu? No bez przesady… Szkoda, że boimy się zaufać naszym rodzimym szkoleniowcom. My chyba naprawdę mamy jako naród dużo kompleksów…

Fakt, że Antiga nie ma zamiaru rezygnować z gry w Skrze, powoduje i będzie powodować jeszcze długo wiele śmiesznych sytuacji. Zapewne przy każdym meczu Skry będzie można usłyszeć komentarze typu: „Z numerem 11 trener reprezentacji Polski”, „Trener zablokowany przez swojego przyszłego podopiecznego”, „MVP meczu został szkoleniowiec Polaków”. To jest śmieszne i pewnie trochę potrwa zanim ten trochę szyderczy i ironiczny uśmiech zejdzie nam z ust. Polska w siatkówce od dawna jest pionierem w wymyślaniu nowych technologii ułatwiających rozwiązywanie spornych sytuacji czy odbieranie siatkówki w tv. Ale tego jeszcze nie było – grający trener. Szok na świcie musiał być równie wielki, co u nas.

Powoli oswajam się z tą myślą i naprawdę jestem bardzo ciekawa jak to wyjdzie. Jak zawsze powtarzam, że kiedy gra Resovia rzadko tęsknię za reprezentacją, a gdy gra kadra, zawsze tęsknię za Pasiakami, tak teraz naprawdę chociaż na chwilę chciałabym się przenieść do maja i zobaczyć jak to wszystko będzie funkcjonować. Moment powołań też będzie ciekawy. Teraz pytaniem numer jeden jest powołanie Mariusza Wlazłego – czy Antiga jest gwarantem powrotu? Podobno inni zawodnicy, tzn. z innych klubów nie mają nic przeciwko tej decyzji. Stephane gra w Skrze i mimo wszystko będziemy szczególnie patrzeć na ilość zawodników z tego zespołu. Wierzę jednak w pełen profesjonalizm naszego trenera, który, jak to mówią dziennikarze, zawodnicy, eksperci go znający, umie jednoczyć ludzi i mam nadzieję, że poskłada reprezentację do kupy, nikt nie odmówi kadrze i będzie fajna atmosfera. Poczekamy, zobaczymy. Ja trzymam za nich kciuki, bo to w końcu Polska i nieważne kto w niej gra, nieważne kto ją prowadzi, jesteśmy kibicami i jeżeli nazywamy siebie tymi prawdziwymi, to dla nas nie ma to żadnego znaczenia :)

A za rok się okaże kto założy na szyję tabliczkę z napisem: „Żart”. Mam nadzieję, że zrobi to dziennikarz Przeglądu Sportowego ;D


Jaka była Wasza reakcja? Wierzycie w tę koncepcję? Chętnie poczytam, co o tym wszystkim myślicie. Zachęcam do komentowania :D